Clement & Rhinna - 22 maja, Szpital Św. Munga

Wiek:
17
Data:
15 cze 2006
Genetyka:
Animag
Krew:
Półkrwi
Zdrowie:
100
Zawód:
Student (I rok)
Pozycja w quidditchu:
Ścigający
Różdzka:
Włos z ogona jednorożca, akacja, 10”, giętka
Zamożność:
klasa średnia
Stan cywilny:
Moim Romeo Nevan
Rhinna Hamilton
Posty: 653
Rejestracja: 26 lut 2023, 17:14

Hamilton wiedziała, że lada moment uzdrowiciele wrócą do pomieszczenia. Ale starała się nie myśleć o tym, co ją czeka. Wiedziała, że może się to zakończyć jedynie nerwami, niepewnością. Nie chciała, by znów ją opanowała panika. Możliwe, że tak będzie - gdy znów nieznane jej osoby zaczną się wokół niej kręcić, ale starała się nie nastawiać na taką możliwość.
Ona gdyby mogła to by pomagała każdemu jak i starała się, by nikomu nic złego się nie działo. Fakt faktem, Rhinna była z tych osób, które wpierw działały, a dopiero potem myślały. Zwłaszcza, jeśli chodziło i osoby jej bliskie. Dla innych również była w stanie się poświęcić - może właśnie pobiegła do tego Zakazanego Lasu, nie wiedząc, co ją tam może czekać? Wystarczyło, że słyszała jakieś krzyki i zadziałała instynktownie. To był - niestety - odruch. A może stety. Ona taka była zawsze i zawsze uważała to za swoją zaletę. Nigdy tego nie chciała zmieniać. Bywało też tak, że ludzie cenili w niej tę cechę - może nie w momencie, gdy wpadała w tak poważne kłopoty, jak miało to miejsce teraz, jednak to było przez niektórych faktycznie ceniona w niej cecha.
Pomagać można było na bardzo wielu płaszczyznach. W tym momencie dla Rhi liczyła się pomoc wszelaka - zarówno to, że chociaż trochę ogarnął jej rany, choć wiedziała, że to dopiero początek leczenia, jak i to, że był tutaj i chociaż trochę zajmował jej głowę, by nie powracała myślami do tych złych myśli.
- Nie mam pojęcia. To jest dla mnie niepojęte, że ktoś może się zachowywać w ten sposób... Jak można chcieć zranić drugiego człowieka w ten sposób? - cedziła te słowa prawie przez zaciśnięte zęby. Złość zaczęła ją trochę ogarniać, powoli przestawała nad sobą panować. Jednak słysząc pytanie Clementa, spojrzała na niego i zamrugała zaskoczona oczami. Złość powoli zaczęła przeobrażać się w strach, przez co jej serce zaczynało coraz szybciej bić, gdy dziewczyna uświadomiła sobie jedną, ważną rzecz - o której zaraz zapomni w feworze tych wszystkich emocji. - Nie, nie złapali... Clement, nie złapali go... Uciekł...!
Podniosła lewą dłoń (prawą bardzo starała się za bardzo nie ruszać, by nie uszkodzić jeszcze bardziej ręki) i potarła nią czoło. Starała się zapanować nad tym, co właśnie działo się w jej głowie. Szukała jakiegoś punktu zaczepienia, czegoś, przez co mogłaby przerzucić myśli. Skierowała na niego przestraszone spojrzenie i przełknęła ślinę.
- Przecież... Przez te dwa tygodnie tyle rzeczy się mogło wydarzyć... Moi... Moi znajomi mogli już... Mogli być pewni, że mnie już nie zobaczą, że zginęłam, że zostałam rozszarpana, że... - dziewczyna zaczynała się powoli nakręcać. Przymknęła powieki i starała się zapanować nad zbyt szybkim biciem serca, zbyt ciężkimi myślami. To wcale nie było takie łatwe...
Na chwilę się udało. Mówienie Clementa o tym, że założy swój własny szpital i o jedzeniu nieco ją odciągnęło od złych myśli. Miała naprawdę ochotę zjeść coś dobrego, ale zdawała sobie sprawę, że jej organizm może odmówić posłuszeństwa. Bała się tego, zaczynała myśleć o negatywach nadchodzących dni, tygodni.Starała się nie zastanawiać nad tym, gdy Clement stwierdził, że problemu narobił porywacz. Gdzieś w głębi o tym wiedziała i zgadzała się z nim. Dziwny był ten świat magiczny - faktycznie, gdyby się głebiej nad tym zastanowić, wszyscy chodzili uzbrojeni. To, że ludzie nie rzucali się sobie od tak do gardeł, to było... Hm, ciężko powiedziec naturalne - w każym razem zakorzenione w ich umysłach. Tylko niektórym naprawdę coś strzelało do głowy - właśnie takim monstrum, jak Ihorowi. Rhinna zaczęła się zastanawiać, co tak właściwie wilkołaki robiły w Zakazanym Lesie. Nie była świadoma, że chodziło o swego rodzaju porachunki między nimi i że tak naprawdę nie był to zwykły atak, a na kogoś konkretnego. Totalnie o tym nie wiedziała.
- Może niedługo uda mi się wrócić na miotłę. Skoro tak mówisz, może.. Może się uda. Będę próbować! I z chęcią skorzystam z Twojej pomocy... - musiała tylko faktycznie na siebie uważać. Słyszała już za drzwiami ruchy. Wiedziała, że chcieli wejść tutaj uzdrowiciele i nie wiedziała czemu, ale ją to zaczęło jeszcze bardziej stresować.
Jej myśli na powrót wróciły do kanałów i do faktu, że Ihor uciekł. A co, jeśli gdzieś tutaj się czaił? Czekał tylko, aż ona wyjdzie? Przebrał się za jednego z uzdrowicieli, którzy byli poza pokojem? Oddech przyspieszył, poczuła szybsze bicie serca. Położyła lewą dłoń na klatce piersiowej, zaciskając ją na ubraniu. Miała wrażenie, że zaczyna się dusić, że nie może wziąc głębszego oddechu, że zaraz jej serce stanie. Przestawała się czuć bezpiecznie, gdyby tylko mogła, wstała by z tego łóżka i uciekła. Zaczęła biec bez większego celu.
- Clement, ja... Nie wiem, co się dzieje, ale... Duszę się... - mruknęła cicho, naprawdę nie zdając sobie sprawy z tego, co się działo. Dostawała właśnie jednego z pierwszych ataków paniki - potem będzie je rozróżniać, choć może niekoniecznie przez parę pierwszych dni kontrolować.
Give light

and people will find the way.
Wiek:
21
Data:
21 paź 2001
Genetyka:
Czarodziej
Krew:
Półkrwi
Zdrowie:
100
Zawód:
student
Pozycja w quidditchu:
nielot
Różdzka:
głóg, 12 i 3/4 cala, włos z ogona testrala
Zamożność:
klasa średnia
Stan cywilny:
kawaler
Clement Eideard Wendell
Posty: 17
Rejestracja: 23 lip 2023, 23:47

Czasami nie mógł zbyt wiele zdziałać.
W końcu był tylko stażystą, który i tak wystarczająco w tym dniu napsuł krwi pełnoprawnym uzdrowicielom. Momentami pod kopułą czaszki kotłowała się myśl, że nie wszyscy powinni wykonywać ten zawód. Im bardziej zagłębiał się w struktury szpitala, jak i ogólnie podjętej profesji, tym bardziej zdawał sobie z tego sprawę. Idealnym prekursorem osoby, która nie powinna mieć styczności z ludźmi — wszak na tym czynności ratownicze i uzdrowicielskie polegają — jest słynna pielęgniarka w obrębach starowiecznego zamku. "Najbezpieczniejszego" miejsca na tym świecie. Albo posiada się do tego należytą empatię i wykonuje obowiązki zgodnie z tym, jak to powinno wyglądać, albo chodzi jak z kijem w niestosownym miejscu w postaci pielęgniarki hogwarckiej. I naprawdę, rozumiał gorsze dni, wszak sam je miał, ale, w przeciwieństwie do takiej kobiety, nie zalewał innych swoimi problemami.
Ale starał się, choć nie zawsze te starania były wystarczające. Nawet jeżeli dawał z siebie wszystko, nie posiadał daru jasnowidzenia, ażeby móc przewidzieć, co się stanie w niedalekiej przyszłości. Zresztą, nawet jeżeli wolał wiedzieć o czymś z wyprzedzeniem, nie miał problemu z adaptacją do nowej sytuacji. Dlatego spoglądał na Rhinnę, chcąc zrozumieć, co konkretnie ma miejsce w jej rzece myśli, ale, jak również wiadomo, legilimencja nie była dla niego. Szanował prywatność, a więc i nie napierał na wylewność.
W końcu, gdy sam był przykuty do łóżka szpitalnego, na jakiś czas zamknął się w sobie. Trwał w świecie, który utykał w miejscu i czasie, zakłamując rzeczywistość i blokując umysł przed dalszymi krokami. Gdzieś w oczach jednak tliła się chęć walki.
- Gdy już nie ma się nadziei i próbuje się za własne błędy wyżyć na innych. Albo za to, jaką krzywdę ktoś wcześniej zrobił. Ludzka psychika jest na tyle złożona, że nigdy nie wiesz, co za tym stoi. - choroba? Psychopatyczność? Ciemna triada osobowości? Wszystko mogło wiązać się w jedną całość. Złe stosunki rodzinne i zachowanie wyniesione z domu, choroby przenoszone z pokolenia na pokolenie, nieudane życie zawodowe, nieudane życie seksualne. Zazwyczaj nigdy nie ma jednego powodu, a do załamania prowadzi coś więcej. Clement jednak nie wiedział, co dokładnie kierowało wilkołaka do takich działań. Będąc poplecznikiem Greybacka, równie dobrze mógł poddać się jakiejś nieznanej im indoktrynacji. Cholera wie, czy przypadkiem większość z nich nie osłoni się działaniem pod wpływem Imperiusa, żeby uniknąć kary, gdy kurz po tej nieszczęsnej bitwie opadnie i reszta się wyklaruje.
Gdy człowiek tonie, to i ostrza się chwyci.
- Prędzej czy później go znajdą. - a jeżeli nie, to zawsze mógł wziąć sprawy w swoje ręce. Nie był mściwy. Chciał po prostu, aby porywacz został oddany w ręce sprawiedliwego wyroku. I chociaż by go kusiło jakieś wyrządzenie krzywdy, gryfońską naturę potrafił powstrzymać. Owszem, było to ciężkie, ale konieczne, jeżeli nie chciał zwariować w obrębie sytuacji, które nieustannie miały miejsce; patrząc na Hamilton, jeszcze bardziej robiło mu się przykro. A z kolei zagrzewało to serce do potencjalnej walki o dumę, honor i godność.
A gdy Wendell wsłuchał się w to, co ta zaczęła mówić, położył dłoń na swoim biodrze i podniósł rękę, próbując zwrócić na siebie uwagę. - Naprawdę uważasz, że poddalibyśmy się po dwóch tygodniach? - jeżeli już miał uwierzyć w czyjąś śmierć, to chciał zobaczyć albo ciało, albo ślad. Trochę może go to uderzyło, aczkolwiek nic w tym dziwnego — w końcu mieli zasady, którymi się kierowali. Dopóki nie zobaczyłby prawdziwych zwłok dziewczyny, uznawałby ją za zaginioną, a nie za martwą. - Proszę, nie nakręcaj się na te czarne wizje. - poprosił ją, choć nie wiedział, czy przypadkiem nie jest to zapowiedź czegoś znacznie gorszego.
Człowiek, jako gatunek ludzki, wyszedł z jaskini, ale te jaskinie nadal w nim zostały. Konieczność zaspokajania głodu, pragnienia, potrzeb bliskości, jak i innych, wielu znaczących elementów, została stłumiona przez możliwość zarobkową, posiadanie mieszkań, a przede wszystkim ustawowe prawo. Niestety — wystarczy chwila, ażeby to wszystko wróciło i stało się rzeczywistością, gdzie za coś ludzie ponownie są w stanie podejmować się morderstwa. Na razie ludzie przestali zwracać uwagę na to, że w przyrodzie przetrwa najsilniejszy, ale niestety; „Trudne czasy tworzą silnych ludzi, silni ludzie tworzą dobre czasy, dobre czasy tworzą słabych ludzi, a słabi ludzie tworzą trudne czasy”. Cykl ten lubi się zamykać. Szkoda tylko, że od wojen minęła mała ilość czasu, a ponownie zawitały ich trudne czasy, mimo że nie było czasu na całą resztę.
Uśmiechnął się na ten moment, gdy wiedział, że będzie mógł jej pomóc. Z czasem jednak dochodziło do zmiany gęstości emocji w pomieszczeniu, co już wcześniej lekko zauważał w zachowaniu Gryfonki. Trauma? Zespół stresu pourazowego? Clement, patrząc na dziewczynę, czuł, jakby ta znikała z jego pola widzenia, powracając do postaci widocznie pokiereszowanej, jakoby tak samo zranionej, gdy rozpoczynali leczenie, ale nie na ciele. Nie mógł jej ponownie chwycić, dosięgnąć; jakby dłoń, którą metaforycznie wystawiał, jedynie przenikała przez jej sylwetkę, stając się niemożliwą do dotknięcia.
Na duszy zostały blizny. I obecnie zbierały swoje pochlebne, acz bolesne dla pacjentki żniwo.
Hiperwentylacja mogła spowodować u młodej chwilowy brak czucia w dłoni, a do tego jeszcze zawężenie pola widzenia w połączeniu z przyspieszonym biciem serca. Clement, zdając sobie z tego doskonale sprawę, nie mógł dopuścić do pogorzenia się jej stanu psychicznego. Pierwsze dni, jak podejrzewał, będą najgorsze — ataki mogą pojawiać się raz po raz, a dopiero potem unormować. W niektórych przypadkach dopiero po czasie umysł potrafił zdać sobie sprawę ze zaznanej krzywdy, działając niestabilnie, ale nie w tym przypadku. Nie wiedział, jak dokładnie postępuje obecny atak paniki i jaka metoda byłaby najlepsza celem uspokojenia rozjuszonych zmysłów, ale nie zamierzał patrzeć bezczynnie, podejmując się odpowiednich kroków.
- Rhinna, oddychamy spokojnie. Powtarzaj za mną — wdech... i wydech... - głównie na tym mu zależało, wszak nie chciał, aby poprzez nadmierne emocje i rozhulanie się serca doszło do potencjalnego omdlenia. Wiedział też, widząc po jej twarzy i emocjach, które się na niej malowały, że jest to coś poważniejszego. Jeżeli to jednak nie działało, był w stanie zastosować również inną metodę; w końcu coś musiało zadziałać, ale też, w zanadrzu miał odpowiedni eliksir, gdyby tylko sytuacja się pogorszyła. Chciał wpłynąć na jej tok myślenia, ale też, nie miał stuprocentowej gwarancji, że jedna metoda będzie działała w sposób, którego to oczekiwał — uspokajając dziewczynę. - Skup się na pomieszczeniu. Rozglądnij się, odnajdź trzy rzeczy, które mają niebieski kolor. Jesteś w Szpitalu i tutaj absolutnie nic ci nie grozi. - dość zgrabnie protezą ręki podał Gryfonce wodę do picia, a drugą nawiązał ostrożny dotyk, chcąc sprowadzić ją z powrotem do "teraźniejszej" rzeczywistości.
Nie mogła utknąć w otchłani wspomnień. Nie teraz.
Wiek:
17
Data:
15 cze 2006
Genetyka:
Animag
Krew:
Półkrwi
Zdrowie:
100
Zawód:
Student (I rok)
Pozycja w quidditchu:
Ścigający
Różdzka:
Włos z ogona jednorożca, akacja, 10”, giętka
Zamożność:
klasa średnia
Stan cywilny:
Moim Romeo Nevan
Rhinna Hamilton
Posty: 653
Rejestracja: 26 lut 2023, 17:14

Piguła z Hogwartu była dobra w swoim fachu. Ale w podejściu do uczniów - cóż, raczej woleli jej unikać. I tak o to tym sposobem, przez to całe porwanie Hamilton wiedziała, że będzie na nią skazana, przynajmniej przez jakiś czas. Na szczęście dla dziewczyny nie tylko ona będzie się nią interesować - opiekun Gryffindoru, Satina Fessonhay również. A to dawalo jej bardzo dużo. Uwielbiała tę nauczycielkę, nie dość, że świetnie prowadziła lekcje - mimo, że OPCM nigdy nie było ulubionym przedmiotem Rhinny, to jednak łatwo było wszystko złapać - to jeszcze sama blondyna miała z nią naprawdę dobry kontakt. Może była to kwestia tego, że Rhinna była prefektem w tym roku? Świetnie, co to za prefekt, który wpada w śmiertelne niebezpieczeństwo - po raz kolejny? Starała się jednak nad tym nie zastanawiać. Przynajmniej nie teraz.
To, co w tym momencie się działo w umyśle Hamilton to był jeden wielki chaos. Część myśli nadal nie opuścilo kanałów, inne były w Ministerstwie, kolejne zastanawiały się, jak bardzo źle z nią jest, a jeszcze garstka starała się skupić na tu i teraz, na rozmowie z przyjacielem. Ciężko jej było nad tym zapanować. Gryfonka z reguły była mocno roztrzepana, ale jakoś udawało jej się normalnie i zdrowo funckjonować. Potrafiła zapanować nad swoim zachowaniem. Starała się być osobą obowiązkową, chociaż nie zawsze podążała według ogólnie przyjętych zasad. Wiedziała też, że ludzie mają ją za prymuskę. Dlaczego? W sumie nigdy się nad tym nie zastanawiała za bardzo. Jakoś nigdy jej to nie przeszkadzało, miała swoich najbliższych znajomych - do innych również odzywała się z szacunkiem i przyjacielsko, a gdyby tylko mogła to z wszystkimi by była na stopie przyjaźni. Tak się nie dało, zdawała sobie z tego sprawę. Nie zmieniała tego na siłę. Dobrze było tak, jak jest.
Skinęła parę razy głową na jego słowa dotyczące ludzkiej psychiki. Nie chciała się w to zagłębiać - możliwe, że jak już dojdzie do siebie i będzie wszystko w porządku, wtedy będzie mogła podjąć próbę zrozumienia czegoś więcej, ale póki co zdawała sobie sprawę, że ciężko jej będzie zrozumieć to, co działo się w jej głowie. Jeden wielki chaos. Umiała funkcjonować przy większym natłoku myśli, ale następne tygodnie będą dla niej mocnym wyzwaniem. Ułożenie sobie wszystkiego w głowie, z jej skłonnościami do przepraszania za wszystko, nie będzie wcale prostym i przyjemnym zadaniem...
- Muszą go znaleźć... On nie może być na wolności, stanowi ogromne niebezpieczeństwo... Kilku aurorów chociażby zginęło, gdy mnie odbijali. - zacisnęła powieki, starając się wyrzucić sprzed oczu obraz martwego aurora i jego martwego wzroku. Ten... To coś, to monstrum nie może być na wolności. Po chwili jednak otworzyła z powrotem powieki i ze łzami w oczach skierowała spojrzenie na Clementa. Chłonęła jego słowa. W tym stanie, w jakim teraz się znajdowała łatwo jej było uwierzyć, że ktoś mógł po dwóch tygodniach postawić na niej przysłowiowy krzyżyk. Przełknęła głośno ślinę. - Po-postaram się nie nakręcać. Masz rację, pewno.... Pewno są osoby, które wierzyłyby do samego końca, że przeżyję. - chyba sama starała się w to uwierzyć i na tym chciała się skupić.
Hamilton wcześniej nie miewała ataków paniki, stąd jej reakcja i przerażenie w oczach. Naprawdę nie wiedziała, co się z nią dzieje. Było całkiem nieźle, ale gdy jej umysł natrafił na zastanawianie się, co by było gdyby coś poszło nie tak, o tym, że Ihor nie został złapany i tak naprawdę w każdym momencie mógł się pojawić i zakończyć jej żywot - co oczywiście nie mogło mieć miejsca, biorąc pod uwagę jak dobrze chroniony był szpital i ona sama w tym momencie, czego jej głowa już nie rejestrowała - jej myśli zaczęły nakręcać ją z tak ogromną szybkością, że nie potrafiła nad tym zapanować. Trzęsła się cała, czuła, jak zimny pot spływa jej po czole. Skierowała przestraszone spojrzenie na Clementa i skinęła szybko głową. Spróbuje nad tym zapanować, a nuż się uda i to, co się teraz z nią działo po prostu zniknie. I nie wróci. Tak myślała.
- Wdech.. i wydech... - powtarzała jak mantrę, faktycznie zmuszając płuca do pracy zgodnie z jej zasadami, a nie ich samowolką. Jako osoba, która śpiewała, z automatu oddychała, opierając oddech na przeponie, co nieświadomie ale bardzo pomagało jej uniknąć hiperwentylacji i bardzo płytkiego oddechu, zaledwie górną częścią płuc. Wzrokiem przesunęła po pomieszczeniu, próbując spokojnie rozróżniać kolory i na tym się skupić. Gdy już ten pierwszy, najgorszy etap zniknął, zdrową ręką wzięła szklankę wody, podaną przez Clementa i upila dwa łyczki wody. Zimny napój wędrujący po przełyku ją odrobinę orzeźwił. Oddała przyjacielowi szklankę i chwyciła po chwili jego lewą dłoń swoją. Cały czas drżała, ale widać było po niej, że powoli, bardzo powoli jej umysł wraca do teraźniejszości. Nie była nawet w stanie powiedzieć, jak dużo ją to kosztowało - zarówno siły psychicznej, której nie miała za wiele, ale też i siły fizycznej - ale udało jej się wrócić do obecnej sytuacji. Przymknęła powieki, jeszcze bardziej zmęczona. Czuła nadal lęk w okolicach serca, przechodziły ją dreszcze, ale mogła już w miarę normalnie funkcjonować.
- Co-co to... było? - jej umysł nie pracował teraz prawie w ogóle, wymęczony, dlatego ciężko jej było zrozumieć, a nawet stwierdzić, że mógł ją złapać atak paniki. To było coś nowego, niespotykanego.
Otworzyła oczy, kierując zmęczone spojrzenie w stronę drzwi. Miała wrażenie, że teraz słyszała tam jeszcze jeden głos - opiekunki Gryffindoru. To chyba najwyższa pora, jak wpadną tutaj uzdrowiciele łącznie z jej ojcem i Fessonhay. Nie miała nawet siły się w tym momencie nad tym zastanawiać. Ten atak paniki ją wykończył.
Give light

and people will find the way.
Wiek:
21
Data:
21 paź 2001
Genetyka:
Czarodziej
Krew:
Półkrwi
Zdrowie:
100
Zawód:
student
Pozycja w quidditchu:
nielot
Różdzka:
głóg, 12 i 3/4 cala, włos z ogona testrala
Zamożność:
klasa średnia
Stan cywilny:
kawaler
Clement Eideard Wendell
Posty: 17
Rejestracja: 23 lip 2023, 23:47

Wierzył w to, że dziewczyna uzyska odpowiednie wsparcie — w końcu opiekun domu była nie tylko specyficzną kobietą, ale też i nie bez powodu zajmowała to stanowisko. Rodzina, wszyscy się zamartwiali — i to jakoś podnosiło Clementa na duchu, że jednak istnieją ludzie dobrzy i życzliwi, chcący wręcz jak najlepiej. Sam doskonale zdawał sobie z tego, że takie wsparcie jest niezwykle ważne, dlatego nie bez powodu zamierzał samemu zwracać bardziej uwagę na Rhinnę w swoim codziennym życiu, jakby nie robił tego przypadkiem za często. Brak odpowiedniej opieki mógłby się odbić na już i tak rozchwianym stanie psychicznym Gryfonki, a tego ewidentnie by nie chcieli. Późniejsze naprawianie takich szkód wydaje się być nieustanną drogą, jakoby bez końca — gdzie nogi męczą się coraz to bardziej, a w pewnym momencie człowiek ma ochotę wszystko rzucić i pozostawić syzyfową pracę za sobą.
Dlatego też, kiedy to wsłuchiwał się w słowa dziewczyny, zauważał to, jak ta z powrotem osuwa się w cień umysłu, pozostając nieobecną w konkretnym stopniu. W to, gdzie się wcześniej znajdowała, co się konkretnie działo i jak się czuła. Wendell nie mógł tym samym na to pozwolić, kiedy siedział obok niej, nie sporządzając w żaden sposób należytego raportu. Nie chciał, aby ta myślała o sobie jako o kolejnym przypadku medycznym. Wedle definicji, owszem, może i okrutnej, była. Ale dla niego, jako istota ludzka, pozostawała nadal Hamilton.
- Znajdą go, prędzej czy później. Nikt nie może się ukrywać wiecznie, a sam kiedyś się potknie. - chciał, aby mu uwierzyła, aczkolwiek nie miał co do tego stuprocentowej pewności. Jakby nie było, nie mógł w pełni przewidzieć, czy aby na pewno będzie tak, jak mówi. Mimo to należało wierzyć, że porywacz nikogo więcej już nie skrzywdzi, pozostając pod wyrokiem prawa poza powszechnie znaną wolnością. Kiwnąwszy głową, potwierdził jej słowa — nadzieja umiera ostatnia. Każdy się o nią martwił i nikt nie pomyślał, że nagle coś ją postanowiło zjeść, nie dając w ogóle szans na znalezienie. Musieli być dobrej myśli.
Niestety, atak paniki był czymś nieuniknionym, zamykając na krótki moment umysł młodszej od niego dziewczyny w klatce, gdzie mrok otulał ją z każdej strony. Wiedział, że metody, które jej zapewnił, mogły pomóc, ale nie do końca musiały. Mimo wszystko starał się z własnej strony ofiarować dłoń, ażeby przede wszystkim nie czuła się w tym sama, i, żeby nieść ze sobą wsparcie, jakie to było potrzebne, aby przezwyciężyła wszelkie traumy wyniesione z porwania. Nic nie było w tym kolorowe, radosne i szczęśliwe, wszak rzeczywistość pozostawała ponura i nie dało się wykreślić tego, co się stało, ale mogli zrobić jedno — wynieść z tego jakąś wewnętrzną siłę i motywację do stania się silniejszymi.
Nie bez powodu zatem Eideard obserwował uważnie dalsze poczynania dziewczyny. Całe szczęście, iż rozglądnięcie się za przedmiotami poszczególnego koloru pozwoliło jej na jakiś krótki moment odciągnąć się od dźwięku wzywającego do ponownego powrotu do kart przeszłych, bolesnych i polegających przede wszystkim na wewnętrznym cierpieniu. Tak samo kontrolowanie oddechu — wbrew pozorom konieczne, ażeby palce u dłoni nie zaczęły drętwieć, a układ nerwowy — odcinać się od reszty.
Słysząc pytanie, spojrzenie jasnych tęczówek, w których odbicie było zauważalne, odkryło się poprzez podniesienie powiek. Spojrzawszy na dziewczynę, jego twarz pozostawała neutralna, choć w środku emocje, które skrywał, były kompletnie odmienne.
- Atak paniki. - odpowiedziawszy, wiedział, że konsultacja z magipsychologiem będzie konieczna. Wiedział, że nie może jej oceniać, a też — nie zamierzał tego robić. W głowie zasiał ziarenko świadomości, że musi podejść do tego tematu delikatnie i bez naporu. - Wynika z traumatycznych wydarzeń, które przeszłaś i silnych emocji, których nie możesz kontrolować. Objawia się właśnie bardzo intensywnym lękiem, wyrzutem adrenaliny, jeżeli przestawimy się na medyczne pojęcia. Hiperwentylacja, uczucie odrealnienia, pocenie się, drżenie. — podał przykładowe objawy, choć nie były to wszystkie. Wiedział, że może to objawić się także bólem klatki piersiowej, nudnościami, bólami brzucha, kołataniem serca, mrowieniem, uderzeniami gorąca — lista ta pozostawała długa, a jak wiadomo, psychika jest jedną z tych wód w medycynie, która nie została w pełni sprawdzona i przebadana. - Mogą pojawiać się często lub rzadko, ale będziesz musiała nauczyć się je kontrolować. W tym postaram ci się pomóc, ale będziesz musiała zasięgnąć także pomocy specjalisty z zakresu psychologii. - jedno jest pewne — mógł jej pomóc, ale nie mógł jej zastąpić osoby, która mimo wszystko i wbrew wszystkiemu posiada zdecydowanie większe doświadczenie w tym temacie. Książki są książkami, a doświadczenie — czymś, co zyskiwał dopiero podczas kontaktu z pacjentem.
Odwróciwszy się w stronę drzwi, dłoń z zewnątrz nacisnęła klamkę, ujawniając tym samym znane im sylwetki. Całe szczęście było po ataku, a sam wstał z krzesła, odsuwając je odpowiednio od łóżka, aby przypadkiem nie zagrodziło drogi do pomocy. W tęczówkach Clementa krył się pewien żal, iż nie udało im się dłużej porozmawiać, a tym samym znaleźć jakiegoś rozwiązania na wydarzenia tego dnia. Posłusznie, wszak nie miał wyjścia, odsunął się od kolejno wchodzących do pomieszczenia osób, biorąc głębszy wdech.
- Do zobaczenia później, panno Hamilton. - musiał powrócić do swojego bardziej oficjalnego tonu, choć czuć można było w tym wszystkim ziarenko żalu wobec samego siebie. Zgodnie z poleceniem ze strony uzdrowiciela prowadzącego udał się na zewnątrz "pomóc", wiedząc tak naprawdę, że zostanie zaprowadzony do innego gabinetu na bardziej prywatną rozmowę.
Musiał mieć nadzieję, że leczenie przebiegnie pozytywnie. Musiał.
[ zt x2 ]
ODPOWIEDZ

Wróć do „Retrospekcje”