//22 maja, Szpital Św. Munga, jedna z pojedynczych sal, późne popołudnie.
Po odbiciu przez aurorów Hamilton została szybko zabrana do Ministerstwa. Przerażona, kuląca się ze strachu, bojąca się zostać sama nawet na sekundę. Aurorka Vivienne, dzięki której udało jej się między innymi opuścić kanały, widząc jej stan była cały czas przy niej - na ile tylko mogła. W pewnym momencie jej miejsce zajął ojciec dziewczyny, który odchodził od zmysłów te dwa tygodnie, w których nikt nie wiedział, gdzie znajduje się blondynka. Nikt tego nie wiedział. Nikt nie wiedział, co dziewczyna przeszła, jak traktował ją Ihor. Tylko ona to wiedziała, ale przez pierwszych kilka chwil w Ministerstwe nie odzywała się praktycznie w ogóle. Jakby straciła możliwość mówienia. Reagowala na tłum, na głośne dźwięki, na przekrzykujących się aurorów - na wszystko. Aurorzy na szybko rzucili na nią parę zaklęć, by zatamować krawienie ran, by odjąć jej trochę bólu przy poruszaniu się przy złamanych żebrach, jednak to na długo nie starczyło. W trakcie przesłuchania Rhinna starała się jak mogła powiedzieć wszystko, co wiedziała. O co pytał Hradievny, co się z nią działo, jak ją traktował... A na sam koniec po prostu straciła przytomność.
Została zabrana do Munga. Ulokowano ją w jednej z sal z jednym łóżkiem, jako iż odbicie jej było wielką tajemnicą i nikt nie mógł się wygadać, czy też ją zobaczyć. Mieli się dowiedzieć tylko uzdrowiciele i tylko aurorzy. Nawet brat dziewczyny miał nic nie wiedzieć, dlatego ojcowi zakazano wysłać sowę do Hogwartu do Prince'a. Dziewczyna trafiła do sali nieprzytomna, zaklęcia rzucone przez aurorów powoli przestawały działać. Rany otworzyły się na nowo i trzeba było szybko działać, gdy z ran zaczęła na nowo sączyć się krew. Teraz mogła już tylko polegać na uzdrowicielach...
Clement & Rhinna - 22 maja, Szpital Św. Munga
-
Rhinna Hamilton
Wiek:
17Data:
15 cze 2006Genetyka:
AnimagKrew:
PółkrwiZdrowie:
100Zawód:
Student (I rok)Pozycja w quidditchu:
ŚcigającyRóżdzka:
Włos z ogona jednorożca, akacja, 10”, giętkaZamożność:
klasa średniaStan cywilny:
Moim Romeo Nevan - Posty: 653
- Rejestracja: 26 lut 2023, 17:14
Give light

and people will find the way.

and people will find the way.
-
Clement Eideard WendellWiek:
21Data:
21 paź 2001Genetyka:
CzarodziejKrew:
PółkrwiZdrowie:
100Zawód:
studentPozycja w quidditchu:
nielotRóżdzka:
głóg, 12 i 3/4 cala, włos z ogona testralaZamożność:
klasa średniaStan cywilny:
kawaler - Posty: 17
- Rejestracja: 23 lip 2023, 23:47
Hogwart jest najbezpieczniejszym miejscem na Ziemi.
Och ironio losu, chciał, aby wszelkie istniejące, ostatnie komórki mózgowe w to uwierzyły, ale nawet te wyjątkowo uparcie odsuwały od siebie myśl, uznając ją za skażone pnącze, które mogłoby narobić tylko i wyłącznie więcej szkód. Stary, przywodzący na myśl ostań nadziei, średniowieczny zamek, był tak naprawdę łatwym celem dla kogoś, kto zapragnąłby czegokolwiek. Dział Ksiąg Zakazanych, unikalne tytuły, jak i uniwersyteckie wydania - to wszystko było dla osoby z zewnątrz, przy odrobinie wysiłku, możliwe do zdobycia. Od początku o tym wiedział; jeżeli, jako nastolatek, był w stanie pokiereszować się do tego stopnia, iż do teraz walczył o lepsze jutro, to strach pomyśleć, co może zrobić dorosły, który zobaczył więcej świata i więcej magii, niż tą praktykowaną przez czarodziejów z Wielkiej Brytanii.
Dobitnie świadczyły o tym ostatnie poczynania popleczników Fenrira Greybacka, atak, a przede wszystkim porwanie uczennicy. Nawet praca, praktyki, pacjenci i kolejne przypadki urazów nie były w stanie w pełni go odciągnąć od tego tematu. To uczucie skalowało, rosło, chodziło po skórze, pasożytowało na jego myślach.
Rhinna. Wystarczył moment, chwila, pstryknięcie wręcz palcami, aby ta rozpłynęła się w powietrzu i pozostawiła po sobie strach o życie i wątpliwości. I chociaż śmierci zaglądał w oczy parokrotnie, tak jednak nawet te najczarniejsze scenariusze dotyczące jego bliskich były bardziej niebezpieczne, niż ktokolwiek mógłby się spodziewać. Nie chciał dopuścić, aby ktokolwiek w obrębie tworzonej przez niego rzeczywistości cierpiał; nie był w stanie przejąć jednak nad wszystkim kontroli. Czasy stawały się zagrożeniem dla młodych adeptów magii, a nikt nie wie, czy przypadkiem nie rozpoczęły się jeszcze bardziej śmiercionośne żniwa.
Błysk w oku. Ostatnia iskra nadziei. Dni mijały nieubłaganie, a nadal było wiadomo tyle, co nic.
Wszystko wydawało się nieść ze sobą monotonność, dopóki późnym popołudniem nie dostrzegł pewnego zamieszania przy recepcji, gdzie jeden z profesorów spojrzał na niego zmęczonym wzrokiem, choć zdecydowanie, gdzieś w ich głębi odbicia — pobudzonym.
- Panie Wendell, chyba nie muszę przypominać - westchnął, gdy stukot kroków ponownie roznosił się po korytarzach, niosąc mężczyzn do należytego pomieszczenia - iż obowiązuje nas tajemnica uzdrowicielska?
Zmrużywszy tęczówki, prawą dłonią, która odznaczała się poprzez magiczną protezę, jaką to od czasu do czasu dostrajał, nacisnął na klamkę od pomieszczenia, szykując różdżkę w drugiej dłoni. Głóg, który bywał kapryśny przy braku zdecydowania właściciela względem zastosowanych zaklęć, miał teraz ważne zadanie - dostosować się do emocji Clementa, który to zobaczył na łóżku zaginioną przyjaciółkę. O ile potrafił się kontrolować, mimo swojej gryfońskiej natury z przeszłości, wszak życie dało mu odczuwalną na własnej skórze lekcję, o tyle serce, widząc stan dziewczyny po powrocie, zamarło. Wiatr się zmienił, a burza w umyśle, o ile ustała na jego własne żądanie, pozostawał świadom tego, iż musi jej pomóc. Primum non nocere.
Prowizoryczne opatrunki nie były tym, czego Hamilton potrzebowała. Ręka pozostawała w stanie tragicznym, wymagając należytego podejścia. W sumie była głównym obiektem "leczenia", jeżeli, rzecz jasna, chcieli, aby uczennica miała ją dalej bez długodystansowych powikłań - bo o ile magia może wyleczyć i może "naprawiać", o tyle jednak nie jest na tyle perfekcyjna.
Nigdy nie była; powoli informacje dotyczące tego, co miało pobieżnie miejsce, docierały do jego umysłu.
Clement zatamował wpierw najbardziej rozległe krwawienia, które, z biegiem czasu, mogły doprowadzić do wstrząsu hipowolemicznego.
- Eliksir leczący rany w dwóch dawkach, eliksir wiggenowy w pojedynczej dawce; proszę spojrzeć w kartotece, czy panna Hamilton nie przechodziła w przeszłości żadnych poważniejszych urazów, jak również przebyte choroby. Obowiązkowo próbka pod sprawdzenie składu krwi na wszelkie zakażenia, możliwy jest niedobór żelaza i innych elementów wpływających na krzepliwość. - znieczulając części obszarów ciała przy pomocy Anesthesia, zajmował się obrażeniami z należytym szacunkiem, jak i dokładnością, pod okiem uzdrowiciela, który postanowił uznać to za idealne sprawdzenie umiejętności młodego mężczyzny. Dziewczyna obecnie była nieprzytomna, owszem, mógł użyć Torpor, ale na razie nie zamierzał. - I proszę przygotować także wywar spokoju. Nie wiemy, w jakim dokładnie stanie psychicznym jest poszkodowana. - bo i chociaż mogli się domyślać, kiedy to adrenalina przejmuje kontrolę nad ciałem, stać może się absolutnie wszystko.
Rany z czasem zostały odpowiednio zabezpieczone, choć dziewczyna i tak potrzebowała dalszego leczenia. Wszystkie procedury wymagały zarówno perfekcyjnego użycia różdżki, jak i podejścia. Nie chciał wierzyć, że aurorzy wpierw postanowili ją wziąć do siebie, a dopiero potem poddać leczeniu, co uważał za skrajną nieodpowiedzialność — a to go najbardziej denerwowało.
Z ręką było zdecydowanie więcej problemów — przywrócenie jej do poprawnego stanu i wyglądu stanowiło wyzwanie nie tylko wobec jego umiejętności, ale także dla innych osób, które przy tym asystowały. Odpowiadał nie tylko za jej życie, ale także za to, jak kończyna będzie się sprawowała na tle przyszłości, dlatego nie pozwalał sobie na żaden błąd.
Wykreślił to pojęcie z listy; z poprawą stanu i ostatecznym zabezpieczeniem ręki, urokami kończącymi starania przyszłego uzdrowiciela, jak i obecnych, którzy ten zawód wykonywali, organizm dziewczyny mógł poczuć się na siłach. Wydawało mu się, jakoby zobaczył ruch — ale może to były tylko i wyłącznie emocje?
- Panno Hamilton? - powiedział łagodnym, spokojnym głosem, kiedy ostatnie zadrapania i uszkodzenia odchodziły powoli w eter, będąc wpierw odkażanymi. - Słyszy mnie pani? - niestety; etyka zawodowa nie pozwalała mu na dopuszczenie (na razie) mniej grzecznościowych form. Ręka jeszcze wymagała odpowiedniego leczenia, dlatego nie bez powodu jeszcze znieczulił jej obszar przy pomocy uroku kilkukrotnie, aby objąć zdecydowanie większy obszar.
Och ironio losu, chciał, aby wszelkie istniejące, ostatnie komórki mózgowe w to uwierzyły, ale nawet te wyjątkowo uparcie odsuwały od siebie myśl, uznając ją za skażone pnącze, które mogłoby narobić tylko i wyłącznie więcej szkód. Stary, przywodzący na myśl ostań nadziei, średniowieczny zamek, był tak naprawdę łatwym celem dla kogoś, kto zapragnąłby czegokolwiek. Dział Ksiąg Zakazanych, unikalne tytuły, jak i uniwersyteckie wydania - to wszystko było dla osoby z zewnątrz, przy odrobinie wysiłku, możliwe do zdobycia. Od początku o tym wiedział; jeżeli, jako nastolatek, był w stanie pokiereszować się do tego stopnia, iż do teraz walczył o lepsze jutro, to strach pomyśleć, co może zrobić dorosły, który zobaczył więcej świata i więcej magii, niż tą praktykowaną przez czarodziejów z Wielkiej Brytanii.
Dobitnie świadczyły o tym ostatnie poczynania popleczników Fenrira Greybacka, atak, a przede wszystkim porwanie uczennicy. Nawet praca, praktyki, pacjenci i kolejne przypadki urazów nie były w stanie w pełni go odciągnąć od tego tematu. To uczucie skalowało, rosło, chodziło po skórze, pasożytowało na jego myślach.
Rhinna. Wystarczył moment, chwila, pstryknięcie wręcz palcami, aby ta rozpłynęła się w powietrzu i pozostawiła po sobie strach o życie i wątpliwości. I chociaż śmierci zaglądał w oczy parokrotnie, tak jednak nawet te najczarniejsze scenariusze dotyczące jego bliskich były bardziej niebezpieczne, niż ktokolwiek mógłby się spodziewać. Nie chciał dopuścić, aby ktokolwiek w obrębie tworzonej przez niego rzeczywistości cierpiał; nie był w stanie przejąć jednak nad wszystkim kontroli. Czasy stawały się zagrożeniem dla młodych adeptów magii, a nikt nie wie, czy przypadkiem nie rozpoczęły się jeszcze bardziej śmiercionośne żniwa.
Błysk w oku. Ostatnia iskra nadziei. Dni mijały nieubłaganie, a nadal było wiadomo tyle, co nic.
Wszystko wydawało się nieść ze sobą monotonność, dopóki późnym popołudniem nie dostrzegł pewnego zamieszania przy recepcji, gdzie jeden z profesorów spojrzał na niego zmęczonym wzrokiem, choć zdecydowanie, gdzieś w ich głębi odbicia — pobudzonym.
- Panie Wendell, chyba nie muszę przypominać - westchnął, gdy stukot kroków ponownie roznosił się po korytarzach, niosąc mężczyzn do należytego pomieszczenia - iż obowiązuje nas tajemnica uzdrowicielska?
Zmrużywszy tęczówki, prawą dłonią, która odznaczała się poprzez magiczną protezę, jaką to od czasu do czasu dostrajał, nacisnął na klamkę od pomieszczenia, szykując różdżkę w drugiej dłoni. Głóg, który bywał kapryśny przy braku zdecydowania właściciela względem zastosowanych zaklęć, miał teraz ważne zadanie - dostosować się do emocji Clementa, który to zobaczył na łóżku zaginioną przyjaciółkę. O ile potrafił się kontrolować, mimo swojej gryfońskiej natury z przeszłości, wszak życie dało mu odczuwalną na własnej skórze lekcję, o tyle serce, widząc stan dziewczyny po powrocie, zamarło. Wiatr się zmienił, a burza w umyśle, o ile ustała na jego własne żądanie, pozostawał świadom tego, iż musi jej pomóc. Primum non nocere.
Prowizoryczne opatrunki nie były tym, czego Hamilton potrzebowała. Ręka pozostawała w stanie tragicznym, wymagając należytego podejścia. W sumie była głównym obiektem "leczenia", jeżeli, rzecz jasna, chcieli, aby uczennica miała ją dalej bez długodystansowych powikłań - bo o ile magia może wyleczyć i może "naprawiać", o tyle jednak nie jest na tyle perfekcyjna.
Nigdy nie była; powoli informacje dotyczące tego, co miało pobieżnie miejsce, docierały do jego umysłu.
Clement zatamował wpierw najbardziej rozległe krwawienia, które, z biegiem czasu, mogły doprowadzić do wstrząsu hipowolemicznego.
- Eliksir leczący rany w dwóch dawkach, eliksir wiggenowy w pojedynczej dawce; proszę spojrzeć w kartotece, czy panna Hamilton nie przechodziła w przeszłości żadnych poważniejszych urazów, jak również przebyte choroby. Obowiązkowo próbka pod sprawdzenie składu krwi na wszelkie zakażenia, możliwy jest niedobór żelaza i innych elementów wpływających na krzepliwość. - znieczulając części obszarów ciała przy pomocy Anesthesia, zajmował się obrażeniami z należytym szacunkiem, jak i dokładnością, pod okiem uzdrowiciela, który postanowił uznać to za idealne sprawdzenie umiejętności młodego mężczyzny. Dziewczyna obecnie była nieprzytomna, owszem, mógł użyć Torpor, ale na razie nie zamierzał. - I proszę przygotować także wywar spokoju. Nie wiemy, w jakim dokładnie stanie psychicznym jest poszkodowana. - bo i chociaż mogli się domyślać, kiedy to adrenalina przejmuje kontrolę nad ciałem, stać może się absolutnie wszystko.
Rany z czasem zostały odpowiednio zabezpieczone, choć dziewczyna i tak potrzebowała dalszego leczenia. Wszystkie procedury wymagały zarówno perfekcyjnego użycia różdżki, jak i podejścia. Nie chciał wierzyć, że aurorzy wpierw postanowili ją wziąć do siebie, a dopiero potem poddać leczeniu, co uważał za skrajną nieodpowiedzialność — a to go najbardziej denerwowało.
Z ręką było zdecydowanie więcej problemów — przywrócenie jej do poprawnego stanu i wyglądu stanowiło wyzwanie nie tylko wobec jego umiejętności, ale także dla innych osób, które przy tym asystowały. Odpowiadał nie tylko za jej życie, ale także za to, jak kończyna będzie się sprawowała na tle przyszłości, dlatego nie pozwalał sobie na żaden błąd.
Wykreślił to pojęcie z listy; z poprawą stanu i ostatecznym zabezpieczeniem ręki, urokami kończącymi starania przyszłego uzdrowiciela, jak i obecnych, którzy ten zawód wykonywali, organizm dziewczyny mógł poczuć się na siłach. Wydawało mu się, jakoby zobaczył ruch — ale może to były tylko i wyłącznie emocje?
- Panno Hamilton? - powiedział łagodnym, spokojnym głosem, kiedy ostatnie zadrapania i uszkodzenia odchodziły powoli w eter, będąc wpierw odkażanymi. - Słyszy mnie pani? - niestety; etyka zawodowa nie pozwalała mu na dopuszczenie (na razie) mniej grzecznościowych form. Ręka jeszcze wymagała odpowiedniego leczenia, dlatego nie bez powodu jeszcze znieczulił jej obszar przy pomocy uroku kilkukrotnie, aby objąć zdecydowanie większy obszar.
-
Rhinna Hamilton
Wiek:
17Data:
15 cze 2006Genetyka:
AnimagKrew:
PółkrwiZdrowie:
100Zawód:
Student (I rok)Pozycja w quidditchu:
ŚcigającyRóżdzka:
Włos z ogona jednorożca, akacja, 10”, giętkaZamożność:
klasa średniaStan cywilny:
Moim Romeo Nevan - Posty: 653
- Rejestracja: 26 lut 2023, 17:14
Hamilton przez dłuższy czas pozostawała nieprzytomna. Nie wiedziała, co się z nią działo. Całkowicie odleciała w Ministerstwie, starając się jak najwięcej przypomnieć sobie szczegółów. To było ciężkie zadanie, zwłaszcza dla zmęczonego, wręcz wyczerpanego umysłu i ciała. Dużo rzeczy jej umykało, momentami miała wrażenie, że albo zapomina o jakimś szczególe, albo ciągle powtarzała to samo.
Tracąc przytomność w Ministerstwie podczas przesłuchania - na szczęście powiedziała wystarczająco dużo, bo owe przepytanie jej z wydarzeń miało się zakończyć lada chwila - miała wrażenie, że zapada się w ciemność. Nawet przez myśl przeszło jej, że to koniec, umiera, że jej organizm nie dał rady wytrzymać do samego końca i mimo odbicia, to były jej ostatnie chwile na tym świecie. Nie jednokrotnie chciała, by Ihor zakończył jej męki, ale odejść w momencie, gdy miało się już być bezpieczną? To by się nazywała ironia losu - to jej jeszcze zdążyło przejść przez głowę, nim jej powieki zamknęły się i ogarnęła ją czerń.
Pozostając zawieszoną w ciemności słyszała głosy z oddali, ale nie rozumiała słów. Ale coś jej mówiło, że powinna się na nich skupić, wysłyszeć, co konkretnie mówią. Siłą woli, która - jak się okazało - nadal była bardzo mocna, zmusiła swój otumaniony, pogrążony w ciemności umysł do pracy.
Clement faktycznie zobaczył ruch. W pierwszym momencie tylko bardzo delikatny, ledwo zauważalny ruch palcami prawej dłoni, jakby podświadomość sprawdzała, na ile jest sprawna ręka - a po chwili zaciśnięcie oczu i delikatne uchylenie powiek.
Panno Hamilton, słyszy mnie Pani? - miała wrażenie, że zna ten głos, że skąd go kojarzy.
- Mhm... Sł-słyszę... - mruknęła cicho, wpatrując się niewyraźnym i zamglonym spojrzeniem w sufit. W pierwszych momentach była święcie przekonana, że to nadal Ministerstwo, że jest nadal w trakcie przesłuchania, ale gdy zdezorientowanie zaczęło schodzić, a jej oczom ukazał się nieznany widok (sufit w sali przesłuchań wyglądał zupełnie inaczej, niż ten tutaj), zaczęła łączyć kropki. - Gdzie... gdzie ja...? - mruknęła cicho, zmuszając obolały kark do ruchu - odczuwała mocno rozszarpanie skóry na karku - i obróciła powoli głowę w prawą stronę.
Widząc krew dookoła, osoby pochylające się nad nią, dziewczyna przez chwilę zamarła. Lewą dłoń po chwili zacisnęła na pościeli, czując jak zaczyna ogarniać ją panika, próbowała wstać, zabrać prawą rękę. Z jej oczu zaczęły płynąć łzy, ciało zaczęło drżeć ze strachu, a sama dziewczyna zachowywała się w ten sposób, jakby chciała się stąd ulotnić. Jej umysł w tym momencie nie pojmował, że ktoś chciał jej pomóc. Jakiś czas temu widziała martwego aurora, była w towarzystwie Ihora, który nie dawał za wygraną - dopiero potem dojdzie do niej, że wilkołak uciekł i go nie złapali - i powtórkę z rozrywki, jeśli chodzi o bitwę. Czuła jakby niebezpieczeństwo cały czas nad nią wisiało, jej organizm zareagował automatycznie.
Tracąc przytomność w Ministerstwie podczas przesłuchania - na szczęście powiedziała wystarczająco dużo, bo owe przepytanie jej z wydarzeń miało się zakończyć lada chwila - miała wrażenie, że zapada się w ciemność. Nawet przez myśl przeszło jej, że to koniec, umiera, że jej organizm nie dał rady wytrzymać do samego końca i mimo odbicia, to były jej ostatnie chwile na tym świecie. Nie jednokrotnie chciała, by Ihor zakończył jej męki, ale odejść w momencie, gdy miało się już być bezpieczną? To by się nazywała ironia losu - to jej jeszcze zdążyło przejść przez głowę, nim jej powieki zamknęły się i ogarnęła ją czerń.
Pozostając zawieszoną w ciemności słyszała głosy z oddali, ale nie rozumiała słów. Ale coś jej mówiło, że powinna się na nich skupić, wysłyszeć, co konkretnie mówią. Siłą woli, która - jak się okazało - nadal była bardzo mocna, zmusiła swój otumaniony, pogrążony w ciemności umysł do pracy.
Clement faktycznie zobaczył ruch. W pierwszym momencie tylko bardzo delikatny, ledwo zauważalny ruch palcami prawej dłoni, jakby podświadomość sprawdzała, na ile jest sprawna ręka - a po chwili zaciśnięcie oczu i delikatne uchylenie powiek.
Panno Hamilton, słyszy mnie Pani? - miała wrażenie, że zna ten głos, że skąd go kojarzy.
- Mhm... Sł-słyszę... - mruknęła cicho, wpatrując się niewyraźnym i zamglonym spojrzeniem w sufit. W pierwszych momentach była święcie przekonana, że to nadal Ministerstwo, że jest nadal w trakcie przesłuchania, ale gdy zdezorientowanie zaczęło schodzić, a jej oczom ukazał się nieznany widok (sufit w sali przesłuchań wyglądał zupełnie inaczej, niż ten tutaj), zaczęła łączyć kropki. - Gdzie... gdzie ja...? - mruknęła cicho, zmuszając obolały kark do ruchu - odczuwała mocno rozszarpanie skóry na karku - i obróciła powoli głowę w prawą stronę.
Widząc krew dookoła, osoby pochylające się nad nią, dziewczyna przez chwilę zamarła. Lewą dłoń po chwili zacisnęła na pościeli, czując jak zaczyna ogarniać ją panika, próbowała wstać, zabrać prawą rękę. Z jej oczu zaczęły płynąć łzy, ciało zaczęło drżeć ze strachu, a sama dziewczyna zachowywała się w ten sposób, jakby chciała się stąd ulotnić. Jej umysł w tym momencie nie pojmował, że ktoś chciał jej pomóc. Jakiś czas temu widziała martwego aurora, była w towarzystwie Ihora, który nie dawał za wygraną - dopiero potem dojdzie do niej, że wilkołak uciekł i go nie złapali - i powtórkę z rozrywki, jeśli chodzi o bitwę. Czuła jakby niebezpieczeństwo cały czas nad nią wisiało, jej organizm zareagował automatycznie.
Give light

and people will find the way.

and people will find the way.
-
Clement Eideard WendellWiek:
21Data:
21 paź 2001Genetyka:
CzarodziejKrew:
PółkrwiZdrowie:
100Zawód:
studentPozycja w quidditchu:
nielotRóżdzka:
głóg, 12 i 3/4 cala, włos z ogona testralaZamożność:
klasa średniaStan cywilny:
kawaler - Posty: 17
- Rejestracja: 23 lip 2023, 23:47
Regeneracja była konieczna — a tym bardziej konieczne było wykonanie szeregu dodatkowych badań. W końcu żaden z nich nie był na miejscu zdarzenia przez te doby, podczas których ewidentnie Rhinna uległa torturom; Bóg wie, co dokładnie miało miejsce. Clement nie wątpił w jeden, słuszny fakt — każde takie wydarzenie odciśnie prędzej czy późnej piętno na psychice. Albo nagle, albo po konkretnym okresie. Niemal od razu jej współczuł powrotu do rzeczywistości i konieczności adaptacji w niej, wierząc mimo wszystko w silną wolę walki młodej Gryfonki, która obecnie znajdowała się na łóżku, wymagając odpowiedniego leczenia. Nie mógł powstrzymać się od tego uczucia, które opanowywało jego serce. Lecząc pacjentów, nie powinien się emocjonalnie angażować, a jednak nadal przejawiał te uczucia, które były najmniej pożądane. Po prostu był tym, kogo przedstawiał — człowiekiem.
Może i słabym pod tym względem, ale nadzieje miał spore. To one właśnie stanowiły klucz pozwalający kanarkowi w klatce na rozprostowanie skrzydeł. Każdy chciał się wzbić, ale nie każdy miał możliwość bezpiecznego upadku. Zresztą, sam upadek w sobie niesie zjawisko bólu. Niemniej jednak trzeba upadać, aby stać się silniejszym — to tym wyróżniali się właśnie wychowankowie Gryffindoru. Liżąc rany, przygotowywali się do kolejnych zdarzeń.
Umysł młodej dziewczyny wychodził z objęć mroku, uderzając o ścianę paskudnej rzeczywistości. Eideard, wyczulony na emocje, które krążyły po sali i wręcz wymagały jakiejkolwiek metody ucieczki, musiał działać jak najszybciej; niestety, psidwak co najwyżej mógł się z niego pośmiać, gdy Hamilton wpadała w tryb, jaki to wymagał natychmiastowej interwencji medycznej. Musiała znaleźć poczucie stabilności i bezpieczeństwa, że już nic jej nie grozi, ale czy słowa były w stanie to zapewnić?
Był to bolesny widok. Dla serca, dla duszy, gdy po jej zachowaniu, chwytach, jak i odruchach widział, jak reagowała i jak paskudne piekło musiała przejść.
- Rhinna, to ja, Clement. - jego głos brzmiał spokojnie, możliwe nawet, iż kojąco. - Nic ci już nie grozi, jesteś w Szpitalu Świętego Munga. Znajdujemy się w bezpiecznym miejscu. - jego podejrzenia co do przygotowania wywaru spokoju były słuszne, ale nie chciał od razu dziewczyny poddawać działaniu magicznego wyrobu. Ryzykował, ale był gotów podjąć się tego ryzyka; różdżkę powinien mieć wyjętą, ale ją schował do kieszeni płaszcza przedstawiającego barwami przyszłego adepta uzdrowicielstwa. Nie wiedział, z czym konkretnie uczennica miała do czynienia i co jej umysł zapamiętał, dlatego musiał dobierać słowa ostrożnie. Nie, nie uznawał jej za "szczególny przypadek". Uznawał ją za człowieka, któremu należy się równie ludzkie traktowanie, mimo potencjalnie nadchodzącego ataku paniki. Wierzył, że jest w stanie do niej dotrzeć. Jeżeli jednak nadzieja ta była niesłuszna — miał w głowie jeszcze inne procedury działania. - Nikt ci już nie zrobi krzywdy. Chcemy ci przede wszystkim pomóc. Proszę, daj sobie pomóc.
Wiedział jedno — powrót do zdrowia nie będzie w pełni możliwy bez odpowiedniego działania magipsychologa. I zdawał sobie sprawę także z tego, iż Hamilton — przynajmniej z własnej woli — niczego do ust nie przyjmie. A naprawdę, nie chciałby widzieć ją zakutą do łóżka pasami, gdyby doszło do mocniejszego pogorszenia jej i tak już rozchwianego stanu emocjonalnego.
Może i słabym pod tym względem, ale nadzieje miał spore. To one właśnie stanowiły klucz pozwalający kanarkowi w klatce na rozprostowanie skrzydeł. Każdy chciał się wzbić, ale nie każdy miał możliwość bezpiecznego upadku. Zresztą, sam upadek w sobie niesie zjawisko bólu. Niemniej jednak trzeba upadać, aby stać się silniejszym — to tym wyróżniali się właśnie wychowankowie Gryffindoru. Liżąc rany, przygotowywali się do kolejnych zdarzeń.
Umysł młodej dziewczyny wychodził z objęć mroku, uderzając o ścianę paskudnej rzeczywistości. Eideard, wyczulony na emocje, które krążyły po sali i wręcz wymagały jakiejkolwiek metody ucieczki, musiał działać jak najszybciej; niestety, psidwak co najwyżej mógł się z niego pośmiać, gdy Hamilton wpadała w tryb, jaki to wymagał natychmiastowej interwencji medycznej. Musiała znaleźć poczucie stabilności i bezpieczeństwa, że już nic jej nie grozi, ale czy słowa były w stanie to zapewnić?
Był to bolesny widok. Dla serca, dla duszy, gdy po jej zachowaniu, chwytach, jak i odruchach widział, jak reagowała i jak paskudne piekło musiała przejść.
- Rhinna, to ja, Clement. - jego głos brzmiał spokojnie, możliwe nawet, iż kojąco. - Nic ci już nie grozi, jesteś w Szpitalu Świętego Munga. Znajdujemy się w bezpiecznym miejscu. - jego podejrzenia co do przygotowania wywaru spokoju były słuszne, ale nie chciał od razu dziewczyny poddawać działaniu magicznego wyrobu. Ryzykował, ale był gotów podjąć się tego ryzyka; różdżkę powinien mieć wyjętą, ale ją schował do kieszeni płaszcza przedstawiającego barwami przyszłego adepta uzdrowicielstwa. Nie wiedział, z czym konkretnie uczennica miała do czynienia i co jej umysł zapamiętał, dlatego musiał dobierać słowa ostrożnie. Nie, nie uznawał jej za "szczególny przypadek". Uznawał ją za człowieka, któremu należy się równie ludzkie traktowanie, mimo potencjalnie nadchodzącego ataku paniki. Wierzył, że jest w stanie do niej dotrzeć. Jeżeli jednak nadzieja ta była niesłuszna — miał w głowie jeszcze inne procedury działania. - Nikt ci już nie zrobi krzywdy. Chcemy ci przede wszystkim pomóc. Proszę, daj sobie pomóc.
Wiedział jedno — powrót do zdrowia nie będzie w pełni możliwy bez odpowiedniego działania magipsychologa. I zdawał sobie sprawę także z tego, iż Hamilton — przynajmniej z własnej woli — niczego do ust nie przyjmie. A naprawdę, nie chciałby widzieć ją zakutą do łóżka pasami, gdyby doszło do mocniejszego pogorszenia jej i tak już rozchwianego stanu emocjonalnego.
-
Rhinna Hamilton
Wiek:
17Data:
15 cze 2006Genetyka:
AnimagKrew:
PółkrwiZdrowie:
100Zawód:
Student (I rok)Pozycja w quidditchu:
ŚcigającyRóżdzka:
Włos z ogona jednorożca, akacja, 10”, giętkaZamożność:
klasa średniaStan cywilny:
Moim Romeo Nevan - Posty: 653
- Rejestracja: 26 lut 2023, 17:14
Poczucie stabilności i bezpieczeństwa w tym momencie było daleko poza jej umysłem. Straciła przytomność, przypominając sobie wszystkie okropności, które przeżyła w ciągu ostatnich dwóch tygodni, a obudziła się w nieznanym miejscu, otoczona jakimiś postaciami, których nie kojarzyła. To wszystko spowodowało, że jej umysł zareagował z automatu - chęcią ucieczki, paniki, strachu o swoje życie. Według pierwszych myśli, niekoniecznie tych świadomych całkowicie, musiała stąd uciec, odsunąć się od tych ludzi.
Jednak słysząc znane jej imię i słysząc znajomy głos - który w sumie ledwo wyłapała, pomiędzy szamotaniem się i próbą ucieczki z tego łóżka, drgnęła. Wyglądała przez moment, jakby ze sobą walczyła - wcale nie tak łatwo było zapanować nad atakiem paniki, który ją ogarnął. Jednak zdrowy rozsądek powoli przejmował kontrolę.
Zatrzymała się, na wpół uniesiona plecami z łóżka i rozejrzała się, szybko przelatując wręcz wzrokiem po twarzach zgromadzonych tutaj osób. Nie widziała ojca - musiał zapewne zostać przed drzwiami, nie będąc wpuszczonym do tego pomieszczenia. Ale w końcu jej błękitne tęczówki ujrzały znajomą twarz przyjaciela.
- Clement? To... to naprawdę Ty? - brała pod uwagę, że umysł mógł jej płatać figle, ale słysząc jego następne słowa, w których prosił by dała sobie pomóc, postanowiła jednak zaufać temu, co widziała i co słyszała. Jęcząc z bólu opadła plecami na łóżko, zaciskając powieki i dopiero teraz skupiając się nad tym, co odczuwała. Jej ciało całe drżało, próbowała nad tym panować, ale to było ciężkie. Starała się zapanować nad tą ciemnością i strachem, który obijał się ciągle w jej głowie. Zacisnęła mocniej lewą dłoń na pościeli i przygryzła wargę. Miała znieczuloną rękę, dzięki czemu nie czuła, co się dokładnie z nią stało - ale usilnie starała się nie patrzeć na to, co się z nią działo i nie myśleć, jak bardzo boli ją wszystkie inne.
- S-spróbuję... - mruknęła cicho na prośbę studenta, biorąc głęboki wdech. Czuła, jak jej serce wali, jak stara się uciec z klatki piersiowej. Wyraz jej twarzy odrobinę się uspokoił, a sama dziewczyna po kilku chwilach otworzyła powieki i skierowała niepewne spojrzenie na Clementa. Chyba chciała widzieć znajomą twarz. Przez dwa tygodnie nie widziała nikogo innego, jak Ihora - potem nieznane twarze aurorów, koszmar w kanałach, dlatego przez dłuższą chwilę mu się przypatrywała. W końcu uśmiechnęła się - bardzo słabo, niepewnie, ale jednak był to uśmiech. Chyba powoli docierało do niej to, co się działo. I mimo łez, które ciągle spływały po jej policzkachj, gdzieś w jej oczach można było dostrzec tę iskierkę szczęścia.
Jednak słysząc znane jej imię i słysząc znajomy głos - który w sumie ledwo wyłapała, pomiędzy szamotaniem się i próbą ucieczki z tego łóżka, drgnęła. Wyglądała przez moment, jakby ze sobą walczyła - wcale nie tak łatwo było zapanować nad atakiem paniki, który ją ogarnął. Jednak zdrowy rozsądek powoli przejmował kontrolę.
Zatrzymała się, na wpół uniesiona plecami z łóżka i rozejrzała się, szybko przelatując wręcz wzrokiem po twarzach zgromadzonych tutaj osób. Nie widziała ojca - musiał zapewne zostać przed drzwiami, nie będąc wpuszczonym do tego pomieszczenia. Ale w końcu jej błękitne tęczówki ujrzały znajomą twarz przyjaciela.
- Clement? To... to naprawdę Ty? - brała pod uwagę, że umysł mógł jej płatać figle, ale słysząc jego następne słowa, w których prosił by dała sobie pomóc, postanowiła jednak zaufać temu, co widziała i co słyszała. Jęcząc z bólu opadła plecami na łóżko, zaciskając powieki i dopiero teraz skupiając się nad tym, co odczuwała. Jej ciało całe drżało, próbowała nad tym panować, ale to było ciężkie. Starała się zapanować nad tą ciemnością i strachem, który obijał się ciągle w jej głowie. Zacisnęła mocniej lewą dłoń na pościeli i przygryzła wargę. Miała znieczuloną rękę, dzięki czemu nie czuła, co się dokładnie z nią stało - ale usilnie starała się nie patrzeć na to, co się z nią działo i nie myśleć, jak bardzo boli ją wszystkie inne.
- S-spróbuję... - mruknęła cicho na prośbę studenta, biorąc głęboki wdech. Czuła, jak jej serce wali, jak stara się uciec z klatki piersiowej. Wyraz jej twarzy odrobinę się uspokoił, a sama dziewczyna po kilku chwilach otworzyła powieki i skierowała niepewne spojrzenie na Clementa. Chyba chciała widzieć znajomą twarz. Przez dwa tygodnie nie widziała nikogo innego, jak Ihora - potem nieznane twarze aurorów, koszmar w kanałach, dlatego przez dłuższą chwilę mu się przypatrywała. W końcu uśmiechnęła się - bardzo słabo, niepewnie, ale jednak był to uśmiech. Chyba powoli docierało do niej to, co się działo. I mimo łez, które ciągle spływały po jej policzkachj, gdzieś w jej oczach można było dostrzec tę iskierkę szczęścia.
Give light

and people will find the way.

and people will find the way.
-
Clement Eideard WendellWiek:
21Data:
21 paź 2001Genetyka:
CzarodziejKrew:
PółkrwiZdrowie:
100Zawód:
studentPozycja w quidditchu:
nielotRóżdzka:
głóg, 12 i 3/4 cala, włos z ogona testralaZamożność:
klasa średniaStan cywilny:
kawaler - Posty: 17
- Rejestracja: 23 lip 2023, 23:47
Gdyby stan emocjonalny dziewczyny został odzwierciedlony w nurcie rzeki, ten byłby nieokiełznany; chłonąłby brzegi, nie dając ani chwili wytchnienia w amoku przytłaczających jej emocji. Wyczulenie w przypadku Clementa wydawało się być nietypowe, ale też i jak najbardziej ludzkie. Nie ignorował tego, nie chcąc też przyczynić się do żadnego, przymusowego działania. Owszem, wejść w odmęty umysłu nie mógł, ale mógł wpłynąć w pośredni sposób, spoglądając na nią jasnymi tęczówkami pełnymi zrozumienia i zaufania. Pełnymi zapewnienia, iż na pewno nie ma czego się obawiać, nawet jeżeli pomieszczenie jest nowe, a ciało nadal częściowo obolałe. O ile można usunąć ból, uleczyć rany i zadbać o to, aby nie niosły ze sobą żadnego potencjału względem zakażenia, o tyle wiele rzeczy pozostawało tak naprawdę poza widokiem jasnych obrączek źrenic.
Co będzie dalej? Jak ona będzie się czuła? W jaki sposób wstanie na nogi i jak wiele będzie ją to kosztowało? Jeden rozdział miała już za sobą, ale tak naprawdę czekał na nią kolejny, bardziej wymagający.
Ludzie są niczym księgi, które skrywają w sobie naprawdę sporo tajemnic. Są jednak strefy, których zwyczajnie się nie narusza. Nie dla swojego dobra, a dla cudzego, wszak otwieranie na nowo dopiero co świeżych ran potrafi nieść ze sobą więcej szkody, aniżeli pożytku.
Może i ryzykował sporo. Może i zapewne profesor niespecjalnie będzie zadowolony z efektów prac, ale jeszcze nie zainterweniował samemu, kończąc tę próbę nawiązania porozumienia i ściągnięcia Rhinny na stały, twardy grunt, gdzie mogła poczuć się przede wszystkim bezpiecznie. Dlatego prowadził z nią rozmowę, choć ta wcześniej chciała uciec. Zgodnie z tym, czego się uczył i jakie nauki pobierał, powinien już dawno użyć zaklęcia i wywaru uspokajającego, ale jednak tego nie robił.
Nie chciał.
- Tak. Ten Clement, którego znasz już tyle lat i ten Clement, który, jeżeli tylko trzeba, zawsze Ci pomoże. - oznajmiwszy, spojrzał orientacyjnie na towarzyszy uzdrowicieli. Już czuł na sobie ich wzrok, który oznaczał tylko jedno: że za samowolkę przy byciu jedynie stażystą w związku z kierunkiem, jaki obrał, będzie miał dość intrygującą rozmowę w jednym z pokoi socjalnych. Mógłby się tym zamartwiać, ale miał obecnie poważniejsze sprawy. Co więcej, wykonał charakterystyczny ruch głową, prosząc o zostawienie ich samych. W końcu Hamilton, będąc po wszelkich nieszczęściach, na razie mu ufała. A przynajmniej taką miał nadzieję, gdy jasne tęczówki starały się wyłapać jak najwięcej emocji na widocznie bladej twarzy. Sam też nie wiedział, czy tylko wydawało mu się, czy jednak ta zmarkotniała pod względem wagi. Jeżeli rzeczywiście nie miała normalnych posiłków, oznaczało to, iż jej dieta będzie musiała być stopniowo zmieniania, ażeby metabolizm przypadkiem nie postanowił odwrócić się na drugą stronę.
Wyszli, prawdopodobnie na dwie minuty, może trzy, mogąc porozmawiać z ojcem poszkodowanej. Potencjalne, późniejsze kłopoty były jego najmniejszym zmartwieniem, a obecnie nic nie zagrażało jej życiu. Ręka pozostawała zabezpieczona przed potencjalnym, dalszym uszkodzeniem, a ciało zdobiły już jedynie drobne rany, które wymagały jedynie oczyszczenia i potraktowania odpowiednimi urokami. Wendell nie wyciągał w jej towarzystwie różdżki, uznając to za zbyt wczesny moment, ażeby przypadkiem widok drewnianego patyczka nie wzbudził w niej tych samych, stłumionych nieco instynktów.
Odwzajemnił uśmiech — ten niósł ze sobą ciepłe emocje, pełne troski i opieki. Wzbudzone w powietrzu, rozjuszone uczucia wydawały się powoli uspokajać. Powietrze natomiast uległo rozrzedzeniu, jakoby pozwalając na głębszy wdech.
- Obecnie zaleczyliśmy większość ran, wszystko będzie w porządku. Jeżeli boli cię coś jeszcze, proszę, powiedz mi o tym. Uleczę i znieczulę, jeżeli tylko poczujesz się pewnie. - niestety, mimo iż bardzo by chciał, to jednak nie zawsze szczegółowo zerkające oczy mogły wychwycić, mimo umiejętności, wszystkie odniesione przez pacjentów obrażenia. Usiadł obok na krześle, spokojnym ruchem, jakoby płynnym, bez najmniejszego zawahania. Emocje płynęły w nurcie myśli, zastanawiając się nad tym, kto powinien porządnie otrzymać z magicznej protezy, aczkolwiek były to jedynie zgubne pragnienia zemsty. Liczyło się na razie tu i teraz, choć wiadomo, iż swojej natury nie mógł w pełni oszukać. Nieustannie płynące na policzkach dziewczyny łzy były wystarczającym dowodem na to, iż przeszła o wiele za dużo.
- Mogę zaleczyć pozostałe, drobne rany? - zgoda była tutaj konieczna; nie chciał nic robić bez jej zgody, dając jej kontrolę nad otoczeniem i całokształtem sytuacji. Jeżeli ta się zgodziła, ostrożnie wyjął różdżkę i zaczął równie z rozwagą z niej korzystać. Jeżeli się nie zgodziła, nie wymuszał na niej takiej konieczności. W końcu liczyło się, aby to ona obecnie, tutaj i teraz czuła się jak najbardziej bezpieczna.
- Jeżeli poczujesz się niepewnie, zawsze mogę ci zaproponować wywar uspokajający, żebyś mogła tymczasowo łatwiej uporządkować myśli. - zaproponował, choć nie zawsze polecał tę metodę. Clement pozostawał świadom tego, iż jest to tylko i wyłącznie chwilowa metoda, która w dłuższym okresie czasowym może przynieść więcej szkody niż pożytku. - Jeżeli tylko mogę zapytać, choć moje pytanie może wydawać się być zbyt... "głupie"... Jak się czujesz? - nie oczekiwał, że czuje się dobrze. Nie oczekiwał, że czuje się źle. Oczekiwał szczerości w spojrzeniu, bo tutaj nie chodziło o stricte odpowiedź na pytanie. Chodziło o ludzkie emocje, które chciał ujrzeć. Być może o upartość w zerknięciu ze strony Rhinny, a może odwrócenie wzroku? Iskra szczęścia była widoczna w jej oczach, co go ucieszyło na swój sposób, wszak to, co najgorsze, stało się wspomnieniem. - Zawsze możesz liczyć na moje wsparcie. Jeżeli chcesz, żebym kogoś powiadomił, możesz śmiało powiedzieć. Jeżeli chcesz odpocząć — także. - i chociaż pod kopułą czaszki kotłowało się wiele pytań na temat tego, gdzie była i co się konkretnie działo, trzymał je na łańcuchach; to nie jest odpowiedni moment.
Co będzie dalej? Jak ona będzie się czuła? W jaki sposób wstanie na nogi i jak wiele będzie ją to kosztowało? Jeden rozdział miała już za sobą, ale tak naprawdę czekał na nią kolejny, bardziej wymagający.
Ludzie są niczym księgi, które skrywają w sobie naprawdę sporo tajemnic. Są jednak strefy, których zwyczajnie się nie narusza. Nie dla swojego dobra, a dla cudzego, wszak otwieranie na nowo dopiero co świeżych ran potrafi nieść ze sobą więcej szkody, aniżeli pożytku.
Może i ryzykował sporo. Może i zapewne profesor niespecjalnie będzie zadowolony z efektów prac, ale jeszcze nie zainterweniował samemu, kończąc tę próbę nawiązania porozumienia i ściągnięcia Rhinny na stały, twardy grunt, gdzie mogła poczuć się przede wszystkim bezpiecznie. Dlatego prowadził z nią rozmowę, choć ta wcześniej chciała uciec. Zgodnie z tym, czego się uczył i jakie nauki pobierał, powinien już dawno użyć zaklęcia i wywaru uspokajającego, ale jednak tego nie robił.
Nie chciał.
- Tak. Ten Clement, którego znasz już tyle lat i ten Clement, który, jeżeli tylko trzeba, zawsze Ci pomoże. - oznajmiwszy, spojrzał orientacyjnie na towarzyszy uzdrowicieli. Już czuł na sobie ich wzrok, który oznaczał tylko jedno: że za samowolkę przy byciu jedynie stażystą w związku z kierunkiem, jaki obrał, będzie miał dość intrygującą rozmowę w jednym z pokoi socjalnych. Mógłby się tym zamartwiać, ale miał obecnie poważniejsze sprawy. Co więcej, wykonał charakterystyczny ruch głową, prosząc o zostawienie ich samych. W końcu Hamilton, będąc po wszelkich nieszczęściach, na razie mu ufała. A przynajmniej taką miał nadzieję, gdy jasne tęczówki starały się wyłapać jak najwięcej emocji na widocznie bladej twarzy. Sam też nie wiedział, czy tylko wydawało mu się, czy jednak ta zmarkotniała pod względem wagi. Jeżeli rzeczywiście nie miała normalnych posiłków, oznaczało to, iż jej dieta będzie musiała być stopniowo zmieniania, ażeby metabolizm przypadkiem nie postanowił odwrócić się na drugą stronę.
Wyszli, prawdopodobnie na dwie minuty, może trzy, mogąc porozmawiać z ojcem poszkodowanej. Potencjalne, późniejsze kłopoty były jego najmniejszym zmartwieniem, a obecnie nic nie zagrażało jej życiu. Ręka pozostawała zabezpieczona przed potencjalnym, dalszym uszkodzeniem, a ciało zdobiły już jedynie drobne rany, które wymagały jedynie oczyszczenia i potraktowania odpowiednimi urokami. Wendell nie wyciągał w jej towarzystwie różdżki, uznając to za zbyt wczesny moment, ażeby przypadkiem widok drewnianego patyczka nie wzbudził w niej tych samych, stłumionych nieco instynktów.
Odwzajemnił uśmiech — ten niósł ze sobą ciepłe emocje, pełne troski i opieki. Wzbudzone w powietrzu, rozjuszone uczucia wydawały się powoli uspokajać. Powietrze natomiast uległo rozrzedzeniu, jakoby pozwalając na głębszy wdech.
- Obecnie zaleczyliśmy większość ran, wszystko będzie w porządku. Jeżeli boli cię coś jeszcze, proszę, powiedz mi o tym. Uleczę i znieczulę, jeżeli tylko poczujesz się pewnie. - niestety, mimo iż bardzo by chciał, to jednak nie zawsze szczegółowo zerkające oczy mogły wychwycić, mimo umiejętności, wszystkie odniesione przez pacjentów obrażenia. Usiadł obok na krześle, spokojnym ruchem, jakoby płynnym, bez najmniejszego zawahania. Emocje płynęły w nurcie myśli, zastanawiając się nad tym, kto powinien porządnie otrzymać z magicznej protezy, aczkolwiek były to jedynie zgubne pragnienia zemsty. Liczyło się na razie tu i teraz, choć wiadomo, iż swojej natury nie mógł w pełni oszukać. Nieustannie płynące na policzkach dziewczyny łzy były wystarczającym dowodem na to, iż przeszła o wiele za dużo.
- Mogę zaleczyć pozostałe, drobne rany? - zgoda była tutaj konieczna; nie chciał nic robić bez jej zgody, dając jej kontrolę nad otoczeniem i całokształtem sytuacji. Jeżeli ta się zgodziła, ostrożnie wyjął różdżkę i zaczął równie z rozwagą z niej korzystać. Jeżeli się nie zgodziła, nie wymuszał na niej takiej konieczności. W końcu liczyło się, aby to ona obecnie, tutaj i teraz czuła się jak najbardziej bezpieczna.
- Jeżeli poczujesz się niepewnie, zawsze mogę ci zaproponować wywar uspokajający, żebyś mogła tymczasowo łatwiej uporządkować myśli. - zaproponował, choć nie zawsze polecał tę metodę. Clement pozostawał świadom tego, iż jest to tylko i wyłącznie chwilowa metoda, która w dłuższym okresie czasowym może przynieść więcej szkody niż pożytku. - Jeżeli tylko mogę zapytać, choć moje pytanie może wydawać się być zbyt... "głupie"... Jak się czujesz? - nie oczekiwał, że czuje się dobrze. Nie oczekiwał, że czuje się źle. Oczekiwał szczerości w spojrzeniu, bo tutaj nie chodziło o stricte odpowiedź na pytanie. Chodziło o ludzkie emocje, które chciał ujrzeć. Być może o upartość w zerknięciu ze strony Rhinny, a może odwrócenie wzroku? Iskra szczęścia była widoczna w jej oczach, co go ucieszyło na swój sposób, wszak to, co najgorsze, stało się wspomnieniem. - Zawsze możesz liczyć na moje wsparcie. Jeżeli chcesz, żebym kogoś powiadomił, możesz śmiało powiedzieć. Jeżeli chcesz odpocząć — także. - i chociaż pod kopułą czaszki kotłowało się wiele pytań na temat tego, gdzie była i co się konkretnie działo, trzymał je na łańcuchach; to nie jest odpowiedni moment.
-
Rhinna Hamilton
Wiek:
17Data:
15 cze 2006Genetyka:
AnimagKrew:
PółkrwiZdrowie:
100Zawód:
Student (I rok)Pozycja w quidditchu:
ŚcigającyRóżdzka:
Włos z ogona jednorożca, akacja, 10”, giętkaZamożność:
klasa średniaStan cywilny:
Moim Romeo Nevan - Posty: 653
- Rejestracja: 26 lut 2023, 17:14
Hamilton chyba nigdy nie spodziewała się, że kiedykolwiek trafi pod opiekę Clementa w Mungu. Nieważne, czy jako stażystę czy jako pełnoprawnego uzdrowiciela. To były rzeczy, o których się nie myślało, a tak naprawdę których się nie chciało przeżyć. Dobrze jednak, że pojawił się w tak ciężkiej dla Rhinny chwili. Clement niejednokrotnie pomagał jej po cięższych meczach czy treningach, albo kiedy spadła z miotły, ale to już przechodziło najśmielsze myśli Rhinny.
Na razie dziewczyna nie myślała trzeźwo. Potem prawdopodobnie będzie sobie pluć w brodę, że chłopak musiał zachować się nieprofesjonalnie, by ją uspokoić. Ale z drugiej strony, cieszyła się, że jednak zrobił tak, a nie inaczej. Dzięki temu mogła chociaż przez chwilę zająć się tym, że widzi znajomą twarz i że jest w faktycznie bezpiecznym miejscu. Co będzie dalej? W tym momencie nie wiedziała. Nie miała do tego głowy, nie mogąc przejść teraz tego, że chociażby znalazła się w nieznanym miejscu i jej organizm od razu zareagował paniką, co mogło spowodować jedynie kłopoty i problemy wszystkim dookoła. Widząc, jak wszyscy prócz jej przyjaciela odsuwają się od łóżka i kierują w stronę wyjścia, przełknęła ślinę.
- Dziękuję... - powiedziała cicho, rzucając im jeszcze szybkie spojrzenie. Gdy wyszli, dziewczyna wzięła głębszy wdech i przymknęła na moment powieki.
Na jej twarzy pojawił się nieco pewniejszy uśmiech. Zaczęła myśleć bardziej trzeźwo, odrobinę się uspokajała. Clement dobrze ją znał, nawet chyba za dobrze w tym momencie, ale chcąc nie chcąc - ze spokojem w pokoju trafił w przysłowiową dziesiątkę. Uchyliła powieki i skierowała na niego spojrzenie. Uniosła kąciki ust w uśmiechu, pociągając cicho nosem. To, co zaraz zamierzała powiedzieć, może i brzmieć śmiesznie, ale Rhi wiedziała, że przeżyła cudem.
- Nawet nie wiesz, jak miło Cię widzieć... - mruknęła cicho, po chwili kierując spojrzenie w sufit. Wzięła głęboki wdech i syknęła z bólu, przymykając automatycznie powieki. Złamane żebra szybko dały o sobie znać, na co zareagowała zatrzymaniem oddechu. Złamanie samo w sobie było bolesne, ale nie dawanie się im zregenerować doprowadzało ją do szaleństwa. Tak, jak traktowanie Cruciatusem, przez co wiła się z bólu, całkowicie nie zwracając uwagi na połamane kości. Wiedziała, że zanim dojdzie do siebie, miną tygodnie.
Przez chwilę nic nie mówiła, zastanawiając się, co ją bardziej boli. W końcu wypuściła powietrze, a na sam koniec nawet odrobinę się zaśmiała, bardzo cicho i krótko, ale to na pewno był jej śmiech.
- Wszystko...? Mógłbyś spojrzeć na ranę na karku? Nie wiem, dokładnie jak to wygląda... Ale bardzo ciągnie i szczypie... - starała się w tym momencie oddychać bardzo delikatnie, by nie naruszyć żeber. Teraz, gdy adrenalina powoli zaczęła schodzić, naprawdę czuła każdy ruch swojego ciała. Jeśli Clement będzie chciał zerknać na ranę na karku, oczywiście Rhinna postara się mu ułatwić spojrzenie na kark, odsuwając lekko głowę. Oczywiście, że będzie bolało, ale skoro ma być lepiej, mogła trochę pocierpieć. Jakkolwiek śmiesznie to nie brzmi w zaistniałej sytuacji.
Na jego pytanie o zaleczenie ran, skinęła bardzo delikatnie głową. Oczywiście, że mógł. Może to jej chociaż trochę pomoże w samopoczuciu. Będąc sam na sam z Clementem w pomieszczeniu, jej organizm nie podlegał aż tak napływom negatywnych emocji. Gdyby nie było tutaj nikogo znajomego, zapewne wylądowałaby od razu na eliksirach uspokajających - a tak, mogła od początku próbować walczyć z tym, co się działo. Oczywiście, długa droga przed nią i pewno gdyby tylko wiedziała, jak ciężka, może i nie chciałaby się tego podjąć i chciała brać od razu eliksiry uspokajające, ale póki co - mogła próbować.
- Może... Może spróbujmy na razie bez. Mam jeden wielkie mętlik w głowie... Dziękuję, że mnie uspokoiłeś. - skierowała na niego spojrzenie z delikatnym uśmiechem na ustach. Słysząc jego pytanie - jakkolwiek głupie się w tym momencie nie wydawało, to jednak w jakiś sposób było na miejscu - wypuściła z cichym śmiechem powietrze z ust. - Jak się czuję...? Ogólnie tragicznie. Ale... Szczęśliwa, że żyję. Podejrzewam, że jeszcze chwila i... znaleźli by moje ciało. - na sam koniec przełknęła głośniej ślinę, ściszając bardzo głos. Nie wiedziała, co mogło się stać. Czy Ihor by ją potraktował jak posiłek? Czy po prostu by ją zabił? Wzdrygnęła się z cichym jękiem bólu i przymknęła powieki. Musiała o to zapytać. Musiała. - Czy... czy on mnie... ugryzł...? - za żadne skarby nie chciała zostać wilkołakiem. Nadal gdzieś czuła w sobie swoje wewnętrze zwierzę, które również mocno ucierpiało w obecnej sytuacji, ale nie chciała przemieniać się w to monstrum, które ją porwało. Wolałaby zginąć - i tak w sumie nie byłoby pewności, że przeżyje pierwszą przemianę... Ale musiała to wiedzieć. Tu i teraz - przecież czuła, jak Ihor zlizuje jej krew z ręki, a gdy rozszarpywał jej rękę mogła nawet nie odczuć, gdyby zatopił w nią swoje kły...
- Nie mogę Cię prosić, byś kogoś powiadomił. Już i tak będziesz mieć nieprzyjemności, że zostaliśmy tutaj sami... Wiem, że aurorzy chcą to utrzymać w tajemnicy, więc... niech tak będzie. - mogła poprosić o powiadomienie brata. Albo Nevana. Te dwie osoby były dla niej najważniejsze w całym Hogwarcie. Obydwaj na pewno odchodzili od zmysłów, ale gdyby tylko ktokolwiek się dowiedział, że Clement ich powiadomił... Nie, nie mogła mu tego zrobić. Rhinna miała nadzieję, że niedługo uda jej się albo wrócić do Hogwartu, albo jednak ogłoszą, że ją odbili. - Zostaniesz tu... ze mną? Nie czuję się zbyt... dobrze...
Na razie dziewczyna nie myślała trzeźwo. Potem prawdopodobnie będzie sobie pluć w brodę, że chłopak musiał zachować się nieprofesjonalnie, by ją uspokoić. Ale z drugiej strony, cieszyła się, że jednak zrobił tak, a nie inaczej. Dzięki temu mogła chociaż przez chwilę zająć się tym, że widzi znajomą twarz i że jest w faktycznie bezpiecznym miejscu. Co będzie dalej? W tym momencie nie wiedziała. Nie miała do tego głowy, nie mogąc przejść teraz tego, że chociażby znalazła się w nieznanym miejscu i jej organizm od razu zareagował paniką, co mogło spowodować jedynie kłopoty i problemy wszystkim dookoła. Widząc, jak wszyscy prócz jej przyjaciela odsuwają się od łóżka i kierują w stronę wyjścia, przełknęła ślinę.
- Dziękuję... - powiedziała cicho, rzucając im jeszcze szybkie spojrzenie. Gdy wyszli, dziewczyna wzięła głębszy wdech i przymknęła na moment powieki.
Na jej twarzy pojawił się nieco pewniejszy uśmiech. Zaczęła myśleć bardziej trzeźwo, odrobinę się uspokajała. Clement dobrze ją znał, nawet chyba za dobrze w tym momencie, ale chcąc nie chcąc - ze spokojem w pokoju trafił w przysłowiową dziesiątkę. Uchyliła powieki i skierowała na niego spojrzenie. Uniosła kąciki ust w uśmiechu, pociągając cicho nosem. To, co zaraz zamierzała powiedzieć, może i brzmieć śmiesznie, ale Rhi wiedziała, że przeżyła cudem.
- Nawet nie wiesz, jak miło Cię widzieć... - mruknęła cicho, po chwili kierując spojrzenie w sufit. Wzięła głęboki wdech i syknęła z bólu, przymykając automatycznie powieki. Złamane żebra szybko dały o sobie znać, na co zareagowała zatrzymaniem oddechu. Złamanie samo w sobie było bolesne, ale nie dawanie się im zregenerować doprowadzało ją do szaleństwa. Tak, jak traktowanie Cruciatusem, przez co wiła się z bólu, całkowicie nie zwracając uwagi na połamane kości. Wiedziała, że zanim dojdzie do siebie, miną tygodnie.
Przez chwilę nic nie mówiła, zastanawiając się, co ją bardziej boli. W końcu wypuściła powietrze, a na sam koniec nawet odrobinę się zaśmiała, bardzo cicho i krótko, ale to na pewno był jej śmiech.
- Wszystko...? Mógłbyś spojrzeć na ranę na karku? Nie wiem, dokładnie jak to wygląda... Ale bardzo ciągnie i szczypie... - starała się w tym momencie oddychać bardzo delikatnie, by nie naruszyć żeber. Teraz, gdy adrenalina powoli zaczęła schodzić, naprawdę czuła każdy ruch swojego ciała. Jeśli Clement będzie chciał zerknać na ranę na karku, oczywiście Rhinna postara się mu ułatwić spojrzenie na kark, odsuwając lekko głowę. Oczywiście, że będzie bolało, ale skoro ma być lepiej, mogła trochę pocierpieć. Jakkolwiek śmiesznie to nie brzmi w zaistniałej sytuacji.
Na jego pytanie o zaleczenie ran, skinęła bardzo delikatnie głową. Oczywiście, że mógł. Może to jej chociaż trochę pomoże w samopoczuciu. Będąc sam na sam z Clementem w pomieszczeniu, jej organizm nie podlegał aż tak napływom negatywnych emocji. Gdyby nie było tutaj nikogo znajomego, zapewne wylądowałaby od razu na eliksirach uspokajających - a tak, mogła od początku próbować walczyć z tym, co się działo. Oczywiście, długa droga przed nią i pewno gdyby tylko wiedziała, jak ciężka, może i nie chciałaby się tego podjąć i chciała brać od razu eliksiry uspokajające, ale póki co - mogła próbować.
- Może... Może spróbujmy na razie bez. Mam jeden wielkie mętlik w głowie... Dziękuję, że mnie uspokoiłeś. - skierowała na niego spojrzenie z delikatnym uśmiechem na ustach. Słysząc jego pytanie - jakkolwiek głupie się w tym momencie nie wydawało, to jednak w jakiś sposób było na miejscu - wypuściła z cichym śmiechem powietrze z ust. - Jak się czuję...? Ogólnie tragicznie. Ale... Szczęśliwa, że żyję. Podejrzewam, że jeszcze chwila i... znaleźli by moje ciało. - na sam koniec przełknęła głośniej ślinę, ściszając bardzo głos. Nie wiedziała, co mogło się stać. Czy Ihor by ją potraktował jak posiłek? Czy po prostu by ją zabił? Wzdrygnęła się z cichym jękiem bólu i przymknęła powieki. Musiała o to zapytać. Musiała. - Czy... czy on mnie... ugryzł...? - za żadne skarby nie chciała zostać wilkołakiem. Nadal gdzieś czuła w sobie swoje wewnętrze zwierzę, które również mocno ucierpiało w obecnej sytuacji, ale nie chciała przemieniać się w to monstrum, które ją porwało. Wolałaby zginąć - i tak w sumie nie byłoby pewności, że przeżyje pierwszą przemianę... Ale musiała to wiedzieć. Tu i teraz - przecież czuła, jak Ihor zlizuje jej krew z ręki, a gdy rozszarpywał jej rękę mogła nawet nie odczuć, gdyby zatopił w nią swoje kły...
- Nie mogę Cię prosić, byś kogoś powiadomił. Już i tak będziesz mieć nieprzyjemności, że zostaliśmy tutaj sami... Wiem, że aurorzy chcą to utrzymać w tajemnicy, więc... niech tak będzie. - mogła poprosić o powiadomienie brata. Albo Nevana. Te dwie osoby były dla niej najważniejsze w całym Hogwarcie. Obydwaj na pewno odchodzili od zmysłów, ale gdyby tylko ktokolwiek się dowiedział, że Clement ich powiadomił... Nie, nie mogła mu tego zrobić. Rhinna miała nadzieję, że niedługo uda jej się albo wrócić do Hogwartu, albo jednak ogłoszą, że ją odbili. - Zostaniesz tu... ze mną? Nie czuję się zbyt... dobrze...
Give light

and people will find the way.

and people will find the way.
-
Clement Eideard WendellWiek:
21Data:
21 paź 2001Genetyka:
CzarodziejKrew:
PółkrwiZdrowie:
100Zawód:
studentPozycja w quidditchu:
nielotRóżdzka:
głóg, 12 i 3/4 cala, włos z ogona testralaZamożność:
klasa średniaStan cywilny:
kawaler - Posty: 17
- Rejestracja: 23 lip 2023, 23:47
Eideard natomiast nie spodziewał się, że to właśnie jemu będzie dane zobaczyć Hamilton po tym wszystkim, co miało miejsce. Dwa tygodnie bez jakiejkolwiek informacji na jej temat powodowały, że samemu miał ochotę wziąć sprawy w swoje ręce i wyruszyć na poszukiwania zaginionej. Na szczęście, mimo Domu Lwa w sercu, zachował rozsądek; kto wie, jak dla niego skończyłoby się potencjalne starcie z innymi, zdecydowanie starszymi i bardziej dostosowanymi do czarnej magii przeciwnikami. Nie bał się, a prędzej powątpiewał to, czy przypadkiem nie narobiłby jeszcze większych problemów dla pracujących w pocie czoła i zmęczeniu aurorów. W końcu nie mógł ich pouczać, skoro i tak nie był na kierunku stricte powiązanym z rzucaniem bardziej zaawansowanych uroków i łamaniem klątw. Chociaż chłonął wiedzę i się interesował naprawdę wieloma rzeczami, tak jednak prawdopodobnie to spowodowałoby zrobienie dwóch kroków do tyłu.
Jak to ktoś kiedyś powiedział, odważny uzdrowiciel to martwy uzdrowiciel; Bóg tylko wie, czy przypadkiem nie skończyłby jako trup w ściekach, gdyby postanowił wziąć sprawy we własne dłonie.
Tak jak podejrzewał, nadmierny tłum nieznanych dla Hamilton twarzy był stresogenny i pozostawał poniekąd zapalnikiem co do rozjuszonych emocji. Wraz z opuszczeniem kadry uzdrowicielskiej, mimo że był stażystą, udało się, bez zastosowania eliksirów, zasiać pewnego rodzaju ziarno spokoju w jej i tak już rozchwianej obecnie duszy. A to było ważne; odpowiednio podlewane, mogło wydać plony, które zwiększyłyby pewność siebie i możliwość poradzenia sobie z tym, co dokładnie miało miejsce; nie bez powodu zatem kiwnął głową i uraczył ją pokrzepiającym uśmiechem.
- Ciebie również. - Ciebie również, Rhinna, może nie do końca niezranioną, wszak rany pozostawały widoczne na jej ciele, ale grunt, że w ogóle została znaleziona. To się liczyło najbardziej, wszak kto wie, co by było, gdyby do jej uratowania doszło pół godziny później lub godzinę później. Dla Clementa liczyło się tu i teraz.
Zobaczył ten gwałtowny ruch polegający na wstrzymaniu oddechu i przenikliwość błękitnych tęczówek dała o sobie znać. Musiało dojść do urazu w obrębie klatki piersiowej; owszem, badanie palpacyjne wykazuje większość uszkodzeń, ale nie wszystkie. Wendell mógł jedynie cieszyć się, że nie doszło do odmy opłucnej i konieczności odbarczania, inaczej mogłoby być naprawdę źle. To właśnie dlatego, podczas wykonywania czynności uzdrowicielskich, współpraca magilekarza i poszkodowanego jest najważniejsza. Jakiekolwiek zatajenie stanu może przyczynić się do opłakanych w skutkach powikłań.
- Żebra? - podniósł własny wzrok, czując, jak jeden z nieszczęsnych kosmyków postanowił przesunąć się bardziej w obręb czoła. Wiedział, że Szkiele-Wzro będzie potrzebne, aby móc zregenerować uszkodzone kości. Przed Gryfonką była naprawdę długa, dość nieprzyjemna droga, choć prawdopodobnie picie tego eliksiru było błogosławieństwem wobec tego, co ją spotkało. - Na razie tylko uśmierzę ból, za niedługo zostaną wykonane inne badania, dobrze? - zaproponował; trochę czasu minie.
W końcu musi minąć — prędzej czy później.
- Już spojrzę... - poprawił rękawiczki, które chroniły go przed potencjalnym kontaktem z krwią, bo o ile znał Rhinnę, o tyle jednak wobec każdego musiał zachowywać odpowiednie procedury. Gdyby przypadkiem się od kogoś czymś zaraził, a potem przeniósłby to na drugiego pacjenta, nie tylko samemu miałby problemy za niedopełnienie obowiązku, ale też i naraziłby Szpital Świętego Munga na potencjalną sprawę medialną, gdyby sprawa zbytnio eskalowała. Clement obchodził się z obolałym ciałem Hamilton z należytą pieczołowitością i delikatnością, nie zamierzając przyczynić się do ponownego krzyczenia układu nerwowego. - Dolor. - wykonując specyficzny ruch głogowym drewienkiem, w którym krył się włos z ogona testrala, znieczulił na początku obrażenia. Nie widział — całe szczęście — żadnego ugryzienia, a prędzej rany, które wynikały z działania ostrych szponów wilkołaka. Rozpoznawanie źródła rozcięć i uszkodzeń miał już na pierwszym roku studiów. - Rzeczywiście rana istnieje, ale już się nią zajmę. - oznajmił, pierwsze odpowiednio odkażając miejsce uszkodzenia skóry, ażeby nie doszło do późniejszych powikłań. Niestety, wilkołacze rany były właśnie jednymi z gorszych do leczenia — z jednej strony pazury mają wyjątkowo ostre, z drugiej — na tyle paskudne, ażeby rana wyglądała na zadaną rozległym, grubym narzędziem. Następnie, poprzez wykorzystanie kolejnych zaklęć, zasklepił po części ranę, na którą nałożył następnie szwy i stosowny opatrunek. Wiedział, że wilkołacze rany uwielbiają się otwierać mimo trudów i starań, dlatego musiał podjąć się takiego, a nie innego procederu. Nie bez powodu starcie z nosicielem likantropii bywa wręcz niemożliwe w niektórych przypadkach.
- Gotowe. Co prawda jeszcze minie trochę czasu, zanim rana w pełni się zaleczy, ale powinno być lepiej. - zapewnił ją. W końcu sam, mimo magii, którą mogli zdziałać cuda, regenerował się wyjątkowo długo po utracie kończyn. Co więcej, po założeniu magicznych protez, kiedy ten proces przyprawiał go o mdłości i chęć wyrzucenia z żołądka całej zawartości i ponownej nauce chodzenia na nowo, musiało minąć sporo czasu, zanim był gotów wrócić do szkoły. Zanim wiedział, że nie stanowi ani dla siebie, ani dla nikogo dookoła zagrożenia.
Śmierci brata jednak z siebie nie wymaże. I będzie miał zawsze poplamione ręce jego krwią.
- W porządku. Od tego tutaj jestem, aby Ci pomóc. - mruknąwszy, przyglądął jej się dokładnie, lecz nienachalnie. Czy jest jeszcze coś, czego nie zauważyli? Czy są jeszcze jakieś rany, o których to nie mają bladego pojęcia? Wiele pytań kłębiło się pod kopułą jego czaszki, a już z automatu by ją najchętniej prześwietlił. Chciał pomagać ludziom, w związku z czym nic dziwnego, że chciał to robić jak najdokładniej. - Na szczęście udało im się i przede wszystkim żyjesz. To jest obecnie najważniejsze i na tym najbardziej musisz się skupić. - miał ochotę zacisnąć dłoń w pięść, ale tego nie zrobił. Zbyt wielu informacji na temat akcji odbicia nie posiadał, dlatego poniekąd krążył po tym labiryncie braku wiedzy, starając się nie zabłądzić.
Podniósł lekko brwi na pytanie. Żaden z nich nie widział ugryzienia, które odznaczałoby się jeszcze bardziej od pokiereszowanej ręki, w związku z czym przypuszczali, że nie doszło do żadnego zakażenia.
- Nie, nie odnotowaliśmy żadnego ugryzienia. - zapewnił ją, choć co prawda nie mógł mieć stuprocentowej pewności, czy przypadkiem do ran nie dostała się ślina, doprowadzając, mimo braku ugryzienia, do skażenia. Była na to bardzo mała szansa, ale nadal — musieli uważać. I musieli liczyć na to, że przed kolejną pełnią dziewczyna nie zacznie czuć się źle. - Dodatkowo wykonamy szereg badań, aby sprawdzić, czy poza tym wszystko jest w porządku. - bo warunki i pożywienie, jakie otrzymywała, nie były ludzkimi.
Zaśmiał się lekko na "problemy"; w końcu nie pierwszy i nie ostatni raz.
- Co najwyżej przydzielą mnie do czyszczenia kibli po pacjentach z biegunkami na oddziale Zakażeń Magicznych. Romansowanie z deskami klozetowymi mnie jakoś specjalnie nie rusza. - prychnął z rozbawieniem, bo ta wizja, mimo pewnego zdjęcia godności i honoru z człowieka, była dla niego zabawna. W sumie nie zdziwiłby się, gdyby tak rzeczywiście było i przydzielili go do pełnienia tak niedostosowanej do stażu funkcji. W końcu każdą pracę trzeba doceniać, czyż nie? - Dziwi mnie to. W końcu powinnaś mieć kontakt z najbliższymi, może nie nagły i nie na już, ale reszta nie powinna się dalej zamartwiać tym, gdzie się znajdujesz. - w odbiciu zwierciadeł źrenic znajdowała się szczerość. Aurorzy wydawali się myśleć jedynie o swojej opinii, a nie o tym, co jest najlepsze dla poszkodowanej.
No cóż, Clement na ich obecne myślenie nie mógł wpłynąć.
- Zostanę. - odpowiedział, spoglądając na dziewczynę. - Co się konkretnie dzieje? - nie wiedział, czy to jest następstwo zmęczenia, czy może niedożywienia, czy jakiegoś krwotoku wewnętrznego.
Obserwował ją uważnie; niestety, podejrzewał też, że czas na ich samotność w pomieszczeniu powoli dobiegał końca.
Jak to ktoś kiedyś powiedział, odważny uzdrowiciel to martwy uzdrowiciel; Bóg tylko wie, czy przypadkiem nie skończyłby jako trup w ściekach, gdyby postanowił wziąć sprawy we własne dłonie.
Tak jak podejrzewał, nadmierny tłum nieznanych dla Hamilton twarzy był stresogenny i pozostawał poniekąd zapalnikiem co do rozjuszonych emocji. Wraz z opuszczeniem kadry uzdrowicielskiej, mimo że był stażystą, udało się, bez zastosowania eliksirów, zasiać pewnego rodzaju ziarno spokoju w jej i tak już rozchwianej obecnie duszy. A to było ważne; odpowiednio podlewane, mogło wydać plony, które zwiększyłyby pewność siebie i możliwość poradzenia sobie z tym, co dokładnie miało miejsce; nie bez powodu zatem kiwnął głową i uraczył ją pokrzepiającym uśmiechem.
- Ciebie również. - Ciebie również, Rhinna, może nie do końca niezranioną, wszak rany pozostawały widoczne na jej ciele, ale grunt, że w ogóle została znaleziona. To się liczyło najbardziej, wszak kto wie, co by było, gdyby do jej uratowania doszło pół godziny później lub godzinę później. Dla Clementa liczyło się tu i teraz.
Zobaczył ten gwałtowny ruch polegający na wstrzymaniu oddechu i przenikliwość błękitnych tęczówek dała o sobie znać. Musiało dojść do urazu w obrębie klatki piersiowej; owszem, badanie palpacyjne wykazuje większość uszkodzeń, ale nie wszystkie. Wendell mógł jedynie cieszyć się, że nie doszło do odmy opłucnej i konieczności odbarczania, inaczej mogłoby być naprawdę źle. To właśnie dlatego, podczas wykonywania czynności uzdrowicielskich, współpraca magilekarza i poszkodowanego jest najważniejsza. Jakiekolwiek zatajenie stanu może przyczynić się do opłakanych w skutkach powikłań.
- Żebra? - podniósł własny wzrok, czując, jak jeden z nieszczęsnych kosmyków postanowił przesunąć się bardziej w obręb czoła. Wiedział, że Szkiele-Wzro będzie potrzebne, aby móc zregenerować uszkodzone kości. Przed Gryfonką była naprawdę długa, dość nieprzyjemna droga, choć prawdopodobnie picie tego eliksiru było błogosławieństwem wobec tego, co ją spotkało. - Na razie tylko uśmierzę ból, za niedługo zostaną wykonane inne badania, dobrze? - zaproponował; trochę czasu minie.
W końcu musi minąć — prędzej czy później.
- Już spojrzę... - poprawił rękawiczki, które chroniły go przed potencjalnym kontaktem z krwią, bo o ile znał Rhinnę, o tyle jednak wobec każdego musiał zachowywać odpowiednie procedury. Gdyby przypadkiem się od kogoś czymś zaraził, a potem przeniósłby to na drugiego pacjenta, nie tylko samemu miałby problemy za niedopełnienie obowiązku, ale też i naraziłby Szpital Świętego Munga na potencjalną sprawę medialną, gdyby sprawa zbytnio eskalowała. Clement obchodził się z obolałym ciałem Hamilton z należytą pieczołowitością i delikatnością, nie zamierzając przyczynić się do ponownego krzyczenia układu nerwowego. - Dolor. - wykonując specyficzny ruch głogowym drewienkiem, w którym krył się włos z ogona testrala, znieczulił na początku obrażenia. Nie widział — całe szczęście — żadnego ugryzienia, a prędzej rany, które wynikały z działania ostrych szponów wilkołaka. Rozpoznawanie źródła rozcięć i uszkodzeń miał już na pierwszym roku studiów. - Rzeczywiście rana istnieje, ale już się nią zajmę. - oznajmił, pierwsze odpowiednio odkażając miejsce uszkodzenia skóry, ażeby nie doszło do późniejszych powikłań. Niestety, wilkołacze rany były właśnie jednymi z gorszych do leczenia — z jednej strony pazury mają wyjątkowo ostre, z drugiej — na tyle paskudne, ażeby rana wyglądała na zadaną rozległym, grubym narzędziem. Następnie, poprzez wykorzystanie kolejnych zaklęć, zasklepił po części ranę, na którą nałożył następnie szwy i stosowny opatrunek. Wiedział, że wilkołacze rany uwielbiają się otwierać mimo trudów i starań, dlatego musiał podjąć się takiego, a nie innego procederu. Nie bez powodu starcie z nosicielem likantropii bywa wręcz niemożliwe w niektórych przypadkach.
- Gotowe. Co prawda jeszcze minie trochę czasu, zanim rana w pełni się zaleczy, ale powinno być lepiej. - zapewnił ją. W końcu sam, mimo magii, którą mogli zdziałać cuda, regenerował się wyjątkowo długo po utracie kończyn. Co więcej, po założeniu magicznych protez, kiedy ten proces przyprawiał go o mdłości i chęć wyrzucenia z żołądka całej zawartości i ponownej nauce chodzenia na nowo, musiało minąć sporo czasu, zanim był gotów wrócić do szkoły. Zanim wiedział, że nie stanowi ani dla siebie, ani dla nikogo dookoła zagrożenia.
Śmierci brata jednak z siebie nie wymaże. I będzie miał zawsze poplamione ręce jego krwią.
- W porządku. Od tego tutaj jestem, aby Ci pomóc. - mruknąwszy, przyglądął jej się dokładnie, lecz nienachalnie. Czy jest jeszcze coś, czego nie zauważyli? Czy są jeszcze jakieś rany, o których to nie mają bladego pojęcia? Wiele pytań kłębiło się pod kopułą jego czaszki, a już z automatu by ją najchętniej prześwietlił. Chciał pomagać ludziom, w związku z czym nic dziwnego, że chciał to robić jak najdokładniej. - Na szczęście udało im się i przede wszystkim żyjesz. To jest obecnie najważniejsze i na tym najbardziej musisz się skupić. - miał ochotę zacisnąć dłoń w pięść, ale tego nie zrobił. Zbyt wielu informacji na temat akcji odbicia nie posiadał, dlatego poniekąd krążył po tym labiryncie braku wiedzy, starając się nie zabłądzić.
Podniósł lekko brwi na pytanie. Żaden z nich nie widział ugryzienia, które odznaczałoby się jeszcze bardziej od pokiereszowanej ręki, w związku z czym przypuszczali, że nie doszło do żadnego zakażenia.
- Nie, nie odnotowaliśmy żadnego ugryzienia. - zapewnił ją, choć co prawda nie mógł mieć stuprocentowej pewności, czy przypadkiem do ran nie dostała się ślina, doprowadzając, mimo braku ugryzienia, do skażenia. Była na to bardzo mała szansa, ale nadal — musieli uważać. I musieli liczyć na to, że przed kolejną pełnią dziewczyna nie zacznie czuć się źle. - Dodatkowo wykonamy szereg badań, aby sprawdzić, czy poza tym wszystko jest w porządku. - bo warunki i pożywienie, jakie otrzymywała, nie były ludzkimi.
Zaśmiał się lekko na "problemy"; w końcu nie pierwszy i nie ostatni raz.
- Co najwyżej przydzielą mnie do czyszczenia kibli po pacjentach z biegunkami na oddziale Zakażeń Magicznych. Romansowanie z deskami klozetowymi mnie jakoś specjalnie nie rusza. - prychnął z rozbawieniem, bo ta wizja, mimo pewnego zdjęcia godności i honoru z człowieka, była dla niego zabawna. W sumie nie zdziwiłby się, gdyby tak rzeczywiście było i przydzielili go do pełnienia tak niedostosowanej do stażu funkcji. W końcu każdą pracę trzeba doceniać, czyż nie? - Dziwi mnie to. W końcu powinnaś mieć kontakt z najbliższymi, może nie nagły i nie na już, ale reszta nie powinna się dalej zamartwiać tym, gdzie się znajdujesz. - w odbiciu zwierciadeł źrenic znajdowała się szczerość. Aurorzy wydawali się myśleć jedynie o swojej opinii, a nie o tym, co jest najlepsze dla poszkodowanej.
No cóż, Clement na ich obecne myślenie nie mógł wpłynąć.
- Zostanę. - odpowiedział, spoglądając na dziewczynę. - Co się konkretnie dzieje? - nie wiedział, czy to jest następstwo zmęczenia, czy może niedożywienia, czy jakiegoś krwotoku wewnętrznego.
Obserwował ją uważnie; niestety, podejrzewał też, że czas na ich samotność w pomieszczeniu powoli dobiegał końca.
-
Rhinna Hamilton
Wiek:
17Data:
15 cze 2006Genetyka:
AnimagKrew:
PółkrwiZdrowie:
100Zawód:
Student (I rok)Pozycja w quidditchu:
ŚcigającyRóżdzka:
Włos z ogona jednorożca, akacja, 10”, giętkaZamożność:
klasa średniaStan cywilny:
Moim Romeo Nevan - Posty: 653
- Rejestracja: 26 lut 2023, 17:14
Chłopak nawet nie zdawał sobie sprawy z tego, jak się cieszyła, że udało jej się zobaczyć kogoś znajomego. Przez dwa tygodnie jedyne, co widziała, to ciemne korytarze, zatęchłe kanały i twarz oprawcy. Teraz, gdy miała chociaż tych parę minut sam na sam z Clementem, mogła się chociaż trochę wyciszyć i uspokoić. Odkąd ją odbili wokół niej biegało tyle ludzi, że nawet człowiek bez przejść mógłby czuć się niekoniecznie pewnie, a co dopiero ktoś, kto nie widział nikogo więcej przez dwa tygodnie.
Tak do końca to nawet nie widziała, ile czasu minęło, ile dni była przetrzymywana. Każdy dzień wyglądał tak samo, przeżywała dokładnie to samo, miała takie same odczucia. Ból, strach, tęsknota, niepewność. Gdy aurorzy powiedzieli jej, że odbili ją po dwóch tygodniach, była w szoku i chyba nie do końca w pierwszym momencie przyjęła to do świadomości. Nie chciała. Wypierała się tego. W tym momencie nie myślała w kategoriach - będzie lepiej, teraz trochę trzeba pocierpieć, potem już wszystko minie i wróci do normy. Teraz dla niej nie bylo normy. Teraz był cud, że przeżyła.
Podejrzewała, że prędzej czy później będzie musiała przyjąć eliksiry uspokajające. Albo inne cholerstwa. W tym momencie, chociaż ciężko było to pokazać ze względu na ogólny stan organizmu i jej samopoczucie, była szczęśliwa, że udało jej się nad paniką zapanować. Jeszcze wiele ataków przed nią, wiele nieprzespanych nocy, ale w tym momencie o tym nie myślala. Skupiła się na przyjacielu, który starał się jak tylko mógł, by jej pomóc i zdjąć chociaż trochę ciężaru i bólu z jej barków. Była mu naprawdę za to wdzięczna. Będzie jej dzięki temu łatwiej też współpracować, gdy reszta uzdrowicieli wejdzie do pokoju i będzie czegokolwiek od niej wymagać.
Skinęła głową, potwierdzając, że chodzi o żebra. Może i nie był to tak wielki ból, jak przy rzucanej na niej klątwie, ale nadal mocno dawały o sobie znać. Nie mogła się za bardzo ruszać, bo powodowało to skręt w środku z bólu. Wolała leżeć nie ruchomo czekając, aż wszystko się zagoi.
- Złapał mnie pod postacią fretki i chyba połamał kości... A przynajmniej tak się czułam. - adrenalina zadziałała w momencie chwytu i utrzymywała ją przy - w miarę - zdrowych zmysłach, ale wiedziała, że coś jest nie w porządku. Ihor za często powodował ból w okolicach tułowia, zupełnie jakby wiedział, że ją połamał i - o zgrozo - sprawiało mu przyjemność to, jak sprawiał jej ból. A nie powstrzymywał się przed tym. Gdy chłopak ją wspomógł uśmierzeniem bólu, odetchnęła cicho. Mięśnie na jej twarzy nieco się rozluźniły, mogła przynajmniej lżej oddychać i nie sprawiać sobie dodatkowego bólu. Tak było lepiej. Ile wszystko będzie się zrastać? Ciężko powiedzieć. Ale na ten moment, gdy tylko jakaś myśl kiełkowała w niej, wyrzucała ją od raz z głowy. Nie chciała się zastanawiać, czy wróci do normalnego życia, a jeśli nie, to jak jej życie będzie teraz wyglądało. Naprawdę bała się o to, co przyniesie los - wiedziała, że nie umrze. Raczej. Ale czy będzie mogła wrócić do grania w Quidditcha? Do grania na klawiszach? I czy nie będzie zbytnim ciężarem dla najbliższych? To były podstawowe pytania - może niekoniecznie w tej kolejności - które zaprzątały powoli jej głowę.
Współpracowała z Clementem, gdy spoglądał na ranę na karku. Zacisnęła tylko powieki, nie chcąc dać znać, że odczuwa praktycznie wszystko, co chłopak robił - musiał mieć swobodę w działaniu, by jak najlepiej jej pomóc. Po kilku chwilach juz leżała spokojnie na plecach, starając się nie ruszać za bardzo głową. Uchylila wcześniej zamknięte powieki i skierowała spojrzenie na przyjaciela.
- Nie wiem, jak przeżyłam. Naprawdę byłam tam... dwa tygodnie? - przecież to szmat czasu! Ile osób już mogło się poddać, stwierdzić, że dziewczyna nie wróci , niektórzy nawet mogli szykować się... do jej pogrzebu. O Godryku, jak to źle brzmiało... Ale taka była prawda. Jakby się nad zastanowić to by było całkowicie niestety normalne. - Jak ja to przeżyłam... - rzuciła tutaj pytaniem bardzo do siebie, aniżeli było ono skierowane do Clementa.
Z napięciem wyczekiwała od niego odpowiedzi na swoje pytanie. Z tego, co jej zamglony umysł pamiętał i kojarzył, nie została ugryziona, ale momentami wszystko było tak chaotyczne, że naprawdę wcale nie miała tej pewności. Wolała się przygotować, że może coś takiego zaistniało, aniżeli czekać z niepewnością na pełnię. Nie, tak bardzo nie chciała o tym myśleć, że mogłaby co miesiąc teraz zmieniać się w tego potwora, który ją przetrzymywał. Nie chciała. Co prawda to było zupełnie od niej niezależne, co jeszcze bardziej działało na jej niepewność i nerwy. Jednak gdy usłyszała odpowiedź Clementa, odetchnęła cicho, a w jej oczach pojawiła się ulga.
- Wyniki pewno nie będą za dobre, haha.... - mruknęła pod nosem, unosząc lewy kącik ust. Na pewno nie będą za dobre. Dwa tygodnie bez prawidłowego odżywiania się chociażby, jej organizm na pewno wołał o pomstę do nieba. Zamknęła oczy i pokiwała spokojnie głową. Teraz tak naprawdę mogła jedynie czekać na to, co zrobią uzdrowiciele i jaka będzie dalsza opcja - czy będzie tutaj siedzieć, czy odeślą ją z powrotem do szkoły. Właśnie była w trakcie obiecywania sobie, że nie będzie się wychylać za bardzo w tym roku szkolnym. I w następnym. A najchętniej to w ogóle!
- Mam nadzieję, że nie będzie źle i ewentualnie tylko Ci zwrócą uwagę. Nie wiem, w jakim bym była stanie psychicznym, gdyby Cię tutaj nie było. Na pewno nie ciekawym. - ona nadal była w nieciekawym stanie psychicznym, ale możliwość porozmawiania z kimś, kto był dla niej bliski w tym momencie, było bardzo uspokajające. Clement zawsze jej się kojarzył ze spokojem, lubiła spędzać czas w jego towarzystwie a do tego wiedziała, że chlopak nie dopuści, by cokolwiek jej się stało, jeśli tylko miał taką możliwość. Nie jednokrotnie na nim polegała, na nim jako przyjacielu i też na jego umiejętnościach uzdrowiciela. - Nie mnie to oceniać. Martwię, że najbliżsi nic o mnie nie wiedzą. Już wystarczająco narobiłam problemu... - cała Rhinna Hamilton! Nieważne, że prawie umarła, prawie zginęła śmiercią tragiczną, jakby nie patrzeć, cudem przeżyła. NIE. Jej najbliżsi byli dla niej najważniejsi - na pewno odchodzili od zmysłów, zwłaszcza brat, chłopak i przyjaciele, nie wiedzieli, co się z nią dzieje i to było dla niej najcięższe. Co tam się będzie sobą przejmować!
Czemu aurorzy tak postanowili? Nie miała pojęcia i nie chciała w to wnikać. To nie było ważne w tym momencie. Znaczy, było ważne - ale nie było to czymś, na co Rhinna mogła wpłynąć, dlatego wolała się nad tym nie zastanawiać. Jeszcze by sie zaczęła denerwować, co na pewno nie było wskazane w jej stanie.
Uśmiechnęła się do niego spokojnie, gdy zapewnił ją, że przy niej zostanie. Przymknęła powoli powieki i wzięła głębszy wdech. Właśnie zaczęła się zastanawiać, czy mogła mu odpowiedzieć coś konkretnego. No, boli. Tak, miało prawo. Wiedziała też, że jej wygląd wołał o pomstę do nieba. Na pewno schudła, wymizerniała, wyglądała jak cień samej siebie. Zawsze uśmiechnięta, zadowolona, chcąca rozsyłać pozytywną energię dookoła siebie - teraz jakby sama tego wszystkiego potrzebowała. Mruknęła cicho pod nosem.
- Próbowałam coś zjeść w Ministerstwie, ale... organizm nie do końca chciał to przyjąć. Pewno chwilę to potrwa, zanim wrócę do całkowitej sprawności, co? Powiedz prawdę. Jak to wygląda wszystko? - skierowała spojrzenie w sufit. Oczywiście, że zaraz wpadnie tutaj znów stado uzdrowicieli, zajmą się nią, a ona będzie się tylko denerwować i mało pewnie przy nich czuć. I pewno zarzucą ją informacjami, ale... Chciała wiedzieć, chociaż cokolwiek. Przecież Clement by jej nie okłamał, prawda?
Tak do końca to nawet nie widziała, ile czasu minęło, ile dni była przetrzymywana. Każdy dzień wyglądał tak samo, przeżywała dokładnie to samo, miała takie same odczucia. Ból, strach, tęsknota, niepewność. Gdy aurorzy powiedzieli jej, że odbili ją po dwóch tygodniach, była w szoku i chyba nie do końca w pierwszym momencie przyjęła to do świadomości. Nie chciała. Wypierała się tego. W tym momencie nie myślała w kategoriach - będzie lepiej, teraz trochę trzeba pocierpieć, potem już wszystko minie i wróci do normy. Teraz dla niej nie bylo normy. Teraz był cud, że przeżyła.
Podejrzewała, że prędzej czy później będzie musiała przyjąć eliksiry uspokajające. Albo inne cholerstwa. W tym momencie, chociaż ciężko było to pokazać ze względu na ogólny stan organizmu i jej samopoczucie, była szczęśliwa, że udało jej się nad paniką zapanować. Jeszcze wiele ataków przed nią, wiele nieprzespanych nocy, ale w tym momencie o tym nie myślala. Skupiła się na przyjacielu, który starał się jak tylko mógł, by jej pomóc i zdjąć chociaż trochę ciężaru i bólu z jej barków. Była mu naprawdę za to wdzięczna. Będzie jej dzięki temu łatwiej też współpracować, gdy reszta uzdrowicieli wejdzie do pokoju i będzie czegokolwiek od niej wymagać.
Skinęła głową, potwierdzając, że chodzi o żebra. Może i nie był to tak wielki ból, jak przy rzucanej na niej klątwie, ale nadal mocno dawały o sobie znać. Nie mogła się za bardzo ruszać, bo powodowało to skręt w środku z bólu. Wolała leżeć nie ruchomo czekając, aż wszystko się zagoi.
- Złapał mnie pod postacią fretki i chyba połamał kości... A przynajmniej tak się czułam. - adrenalina zadziałała w momencie chwytu i utrzymywała ją przy - w miarę - zdrowych zmysłach, ale wiedziała, że coś jest nie w porządku. Ihor za często powodował ból w okolicach tułowia, zupełnie jakby wiedział, że ją połamał i - o zgrozo - sprawiało mu przyjemność to, jak sprawiał jej ból. A nie powstrzymywał się przed tym. Gdy chłopak ją wspomógł uśmierzeniem bólu, odetchnęła cicho. Mięśnie na jej twarzy nieco się rozluźniły, mogła przynajmniej lżej oddychać i nie sprawiać sobie dodatkowego bólu. Tak było lepiej. Ile wszystko będzie się zrastać? Ciężko powiedzieć. Ale na ten moment, gdy tylko jakaś myśl kiełkowała w niej, wyrzucała ją od raz z głowy. Nie chciała się zastanawiać, czy wróci do normalnego życia, a jeśli nie, to jak jej życie będzie teraz wyglądało. Naprawdę bała się o to, co przyniesie los - wiedziała, że nie umrze. Raczej. Ale czy będzie mogła wrócić do grania w Quidditcha? Do grania na klawiszach? I czy nie będzie zbytnim ciężarem dla najbliższych? To były podstawowe pytania - może niekoniecznie w tej kolejności - które zaprzątały powoli jej głowę.
Współpracowała z Clementem, gdy spoglądał na ranę na karku. Zacisnęła tylko powieki, nie chcąc dać znać, że odczuwa praktycznie wszystko, co chłopak robił - musiał mieć swobodę w działaniu, by jak najlepiej jej pomóc. Po kilku chwilach juz leżała spokojnie na plecach, starając się nie ruszać za bardzo głową. Uchylila wcześniej zamknięte powieki i skierowała spojrzenie na przyjaciela.
- Nie wiem, jak przeżyłam. Naprawdę byłam tam... dwa tygodnie? - przecież to szmat czasu! Ile osób już mogło się poddać, stwierdzić, że dziewczyna nie wróci , niektórzy nawet mogli szykować się... do jej pogrzebu. O Godryku, jak to źle brzmiało... Ale taka była prawda. Jakby się nad zastanowić to by było całkowicie niestety normalne. - Jak ja to przeżyłam... - rzuciła tutaj pytaniem bardzo do siebie, aniżeli było ono skierowane do Clementa.
Z napięciem wyczekiwała od niego odpowiedzi na swoje pytanie. Z tego, co jej zamglony umysł pamiętał i kojarzył, nie została ugryziona, ale momentami wszystko było tak chaotyczne, że naprawdę wcale nie miała tej pewności. Wolała się przygotować, że może coś takiego zaistniało, aniżeli czekać z niepewnością na pełnię. Nie, tak bardzo nie chciała o tym myśleć, że mogłaby co miesiąc teraz zmieniać się w tego potwora, który ją przetrzymywał. Nie chciała. Co prawda to było zupełnie od niej niezależne, co jeszcze bardziej działało na jej niepewność i nerwy. Jednak gdy usłyszała odpowiedź Clementa, odetchnęła cicho, a w jej oczach pojawiła się ulga.
- Wyniki pewno nie będą za dobre, haha.... - mruknęła pod nosem, unosząc lewy kącik ust. Na pewno nie będą za dobre. Dwa tygodnie bez prawidłowego odżywiania się chociażby, jej organizm na pewno wołał o pomstę do nieba. Zamknęła oczy i pokiwała spokojnie głową. Teraz tak naprawdę mogła jedynie czekać na to, co zrobią uzdrowiciele i jaka będzie dalsza opcja - czy będzie tutaj siedzieć, czy odeślą ją z powrotem do szkoły. Właśnie była w trakcie obiecywania sobie, że nie będzie się wychylać za bardzo w tym roku szkolnym. I w następnym. A najchętniej to w ogóle!
- Mam nadzieję, że nie będzie źle i ewentualnie tylko Ci zwrócą uwagę. Nie wiem, w jakim bym była stanie psychicznym, gdyby Cię tutaj nie było. Na pewno nie ciekawym. - ona nadal była w nieciekawym stanie psychicznym, ale możliwość porozmawiania z kimś, kto był dla niej bliski w tym momencie, było bardzo uspokajające. Clement zawsze jej się kojarzył ze spokojem, lubiła spędzać czas w jego towarzystwie a do tego wiedziała, że chlopak nie dopuści, by cokolwiek jej się stało, jeśli tylko miał taką możliwość. Nie jednokrotnie na nim polegała, na nim jako przyjacielu i też na jego umiejętnościach uzdrowiciela. - Nie mnie to oceniać. Martwię, że najbliżsi nic o mnie nie wiedzą. Już wystarczająco narobiłam problemu... - cała Rhinna Hamilton! Nieważne, że prawie umarła, prawie zginęła śmiercią tragiczną, jakby nie patrzeć, cudem przeżyła. NIE. Jej najbliżsi byli dla niej najważniejsi - na pewno odchodzili od zmysłów, zwłaszcza brat, chłopak i przyjaciele, nie wiedzieli, co się z nią dzieje i to było dla niej najcięższe. Co tam się będzie sobą przejmować!
Czemu aurorzy tak postanowili? Nie miała pojęcia i nie chciała w to wnikać. To nie było ważne w tym momencie. Znaczy, było ważne - ale nie było to czymś, na co Rhinna mogła wpłynąć, dlatego wolała się nad tym nie zastanawiać. Jeszcze by sie zaczęła denerwować, co na pewno nie było wskazane w jej stanie.
Uśmiechnęła się do niego spokojnie, gdy zapewnił ją, że przy niej zostanie. Przymknęła powoli powieki i wzięła głębszy wdech. Właśnie zaczęła się zastanawiać, czy mogła mu odpowiedzieć coś konkretnego. No, boli. Tak, miało prawo. Wiedziała też, że jej wygląd wołał o pomstę do nieba. Na pewno schudła, wymizerniała, wyglądała jak cień samej siebie. Zawsze uśmiechnięta, zadowolona, chcąca rozsyłać pozytywną energię dookoła siebie - teraz jakby sama tego wszystkiego potrzebowała. Mruknęła cicho pod nosem.
- Próbowałam coś zjeść w Ministerstwie, ale... organizm nie do końca chciał to przyjąć. Pewno chwilę to potrwa, zanim wrócę do całkowitej sprawności, co? Powiedz prawdę. Jak to wygląda wszystko? - skierowała spojrzenie w sufit. Oczywiście, że zaraz wpadnie tutaj znów stado uzdrowicieli, zajmą się nią, a ona będzie się tylko denerwować i mało pewnie przy nich czuć. I pewno zarzucą ją informacjami, ale... Chciała wiedzieć, chociaż cokolwiek. Przecież Clement by jej nie okłamał, prawda?
Give light

and people will find the way.

and people will find the way.
-
Clement Eideard WendellWiek:
21Data:
21 paź 2001Genetyka:
CzarodziejKrew:
PółkrwiZdrowie:
100Zawód:
studentPozycja w quidditchu:
nielotRóżdzka:
głóg, 12 i 3/4 cala, włos z ogona testralaZamożność:
klasa średniaStan cywilny:
kawaler - Posty: 17
- Rejestracja: 23 lip 2023, 23:47
Być może to właśnie w tym szaleństwie, które miało dookoła miejsce, Clement był dla Rhinny w pewien sposób dłonią, wrotami do dawnej rzeczywistości. Jemu nie pozostawało nic innego, jak zadbać o to, aby dziewczyna poczuła się o wiele lepiej. Różnica wieku nie dawała o sobie znać, kiedy to samemu zawalił aż dwa lata poprzez chęć skupienia się w pełni na rehabilitacji i powrocie do zdrowia. Trwało to długo, to prawda, może i był wytykany palcami, ale dało mu to możliwość poznania innych twarzy, jak i zyskania przyjaciół na całe życie.
Szkoda tylko, że nie mógł w pełni zapobiegnąć nieszczęściu. Naprawdę chciał, aby to wszystko, co miało miejsce w ostatnim czasie, rozpłynęło się w powietrzu i nie pozostawiła po sobie niczego poza domyślaniem. Niestety — życie bywało okrutne, ciągnąc za linki przeznaczenia i kierując swoim własnym theatrum mundi. W wyższy byt nie mógł się bawić i nie zamierzał — już postanowił udowodnić własne umiejętności tworzenia zaklęć w wieku piętnastu lat. Jedyne, co mógł robić, to pomagać po fakcie dokonanym, czy to tym, którzy zbytnio przeliczyli się z własnymi umiejętnościami, czy jednak tym, którzy trafili pod ostrzał obrażeń. Bo chciał pomagać.
Gdyby go tutaj nie było, kto wie, jak dalej wyglądałoby leczenie dziewczyny.
Dlatego, kiedy to zajął się leczeniem pozostałych, możliwych do okiełznania urazów, wykazywał się zrozumiałością. Hamilton potrzebowała należytego wsparcia.
- Czasami zastanawiam się, skąd biorą się takie ścierwa... - i naprawdę, mimo empatii znajdującej się w sercu, nie potrafił zrozumieć takiego postępowania. Łamanie kości dla zabawy? Nie wiedział, kto dokładnie przetrzymywał dziewczynę, ale nie miał wątpliwości, że ktoś, kto posiadał doświadczenie i był posturowo zdecydowanie silniejszy. W końcu, jakby nie było, likantropia swoje robiła i wystarczająco wyostrzała wszelkie fizyczne cechy. Co jest satysfakcjonujące w walce przeciwko komuś, kto nie ma możliwości lepszej obrony? Poczucie kontroli? Wywyższania się? Wypełnienie jakiejś chorej pustki? - Złapali go? - może nie powinien pytać, ale w oczach zapalił się istny ogień, który częściowo opanowywał jego umysł. Kontrolując żar, jaki to postanowił się pojawić, czerpał z tych emocji przede wszystkim chęć walki o sprawiedliwość. Ciężko było o inne emocje, kiedy to wiedział, że takie bydlę istnieje i może krzywdzić dalej, jeżeli tylko znajdzie okazję.
Współpraca pod względem leczenia ran przebiegała pomyślnie. Dopiero przy karku zauważył napięcie na jej twarzy w postaci zaciśnięcia powiek, w związku z czym procedury wybierał jak najdelikatniejsze. Na szczęście wszystko przebiegało sprawnie. Owszem, jako osoba, która jeszcze nadal uczyła się zawodu, był bardziej narażony na błędy, ale, skupiwszy się na czynności, był pewien w rzucaniu zaklęć uzdrowicielskich.
"Nie wiem, jak przeżyłam."
- Tak, dwa tygodnie. - potwierdziwszy, na czole pojawiła się lekka, lwia zmarszczka, jakoby udowadniając, iż zastanowił się nad tym jeszcze bardziej. Dziewczyna musiała być zamknięta w takim miejscu, gdzie prawdopodobnie nie była w stanie monitorować przebiegu każdej doby. - Nie liczy się to, jak przeżyłaś. Liczy się przede wszystkim efekt — przeżyłaś. I możesz w końcu przebywać wśród bliskich. - a nie w otoczeniu psychopaty, który łamie żebra, uszkadza kark, rękę, a następnie niesie ze sobą ryzyko zakażenia.
Westchnął. Może gatunek ludzki, okiełznany przez niektóre elementy własnej natury, jest zbyt ślepy? Chęć wywyższania się, posiadania wszystkiego w okowach kontroli wydawała się kusząca, lecz Clement miał jedną zasadę, tą główną — żyć tak, aby nikomu swoimi działaniami krzywdy nie robić. Czy to fizycznej, czy psychicznej. Nie trzymał w napięciu dziewczyny, od razu informując ją o tym, co wstępnie udało im się ustalić. Odetchnięcie i błysk ulgi w jej tęczówkach napawał go nadzieją.
- To sprawimy, żeby były na nowo dobre, co ty na to? - nie chciał zakładać z góry złych wyników, ale nawet w tym przypadku silna wola mogła nie pomóc. Gryfonka była silna i jednak wiedział, że prędzej czy później powróci do pełni sił. Fizycznych, bo zdarzenia, które miały ostatnio miejsce, nie wpadną w otchłań zapomnienia, a prędzej będą krążyć niczym cień, niosąc ze sobą również doświadczenie. - Niech zwracają. Jak mnie nie zechcą, to założę własny szpital i zrobię im porządną konkurencję. - zaśmiał się. Co prawda nie powinien mówić takich rzeczy, bo cholera wie, czy przypadkiem pokój nie podlegał obserwacji, ale nie wątpił w swoje słowa. Mung w Wielkiej Brytanii nie miał żadnej konkurencji. Może to czas na jakąś rewolucję w tym zakresie? - Nie ma co zakładać od razu najgorszego. - uśmiechnął się. Wobec wszystkich był pozytywnie nastawiony względem przyszłości, chyba że pojawiał się ktoś, kto krzywdził — wówczas lepiej było, żeby ten ktoś nie pojawiał się przed osądzającym wzrokiem niebieskich tęczówek. - Prędzej czy później będą wiedzieli. - oznajmiwszy, podniósł brwi, gdy ta oznajmiła, że "już wystarczająco narobiła problemu". - Rhinna, problemu narobił porywacz, nie ty. Skąd miałaś wiedzieć, że ktoś postanowi wykorzystać jakąkolwiek możliwość i cię przetrzymać cholera wie gdzie? - może jego słowa brzmiały stanowczo, ale nie niosły ze sobą żadnej ostrości. Prędzej racjonalne podejście do sytuacji. - Żyjemy w magicznym świecie, gdzie zza rogu ktoś może, przy odpowiedniej determinacji, rzucić opłakane w skutkach zaklęcie, a każdy nosi różdżkę bez sprawdzenia przez kogokolwiek, czy w ogóle powinien ją nosić. - to w ogóle cud, że jeszcze się nie wyzabijali w tej magicznej społeczności.- Jednocześnie mamy w sobie na tyle zaufania, aby wierzyć, że wykorzystamy nasz dar w dobrym celu. Niestety, nie każdy to podziela. - westchnął. Wojny opłakane w skutkach, chęci bycia najpotężniejszym magiem i inne tego typu skutecznie pokazywały momentami smutną, ludzką naturę.
Wiedział też, że, jako ofiara, Hamilton obwiniała siebie, przenosząc odpowiedzialność cudzą na swój własny grunt. Widział po niej to zmarkotnienie, wysuszoną skórę w wyniku braku odpowiednich mikro- i makroskładników, widział, jak ze szczęśliwego wręcz skowronka stała się pokrzywdzonym przez los, wymagającym opieki ptakiem. Musiała zaleczyć rany, aby ponownie móc wzbić się w powietrze i odetchnąć pełną piersią.
- Nie ma co się dziwić - żołądek odzwyczaił się od pokarmu, w związku z czym wymaga innego pożywienia i podejścia. Może jedzenie w Mungu czasami nie jest zbyt dobre, ale postaram się, aby na przyszły tydzień trochę poknocić w jadłospisie. - porywanie się na zmianę notatek u skrzatów wydawało się być czymś nieprawidłowym, ale może tu i tam dobre słówko coś zdziała? Kto wie, nadziei nie porzucał. - Zawsze musi minąć trochę czasu, żeby organizm mógł się w pełni zregenerować. - odpowiedziawszy, kiedy to siedział na krześle, słysząc powoli zbliżające się stukoty kroków, kontynuował. - Rana na karku, jak i ręka wymagają nieco dłuższej opieki i na pewno minie parę tygodni, zanim w pełni się zregenerują. Odpowiednia dieta i unikanie ćwiczeń pozwolą na przyspieszenie tego procesu, wraz z odpowiednimi eliksirami. Kilka dni i na spokojnie wyjdziesz ze szpitala, gdy tylko uzdrowiciel prowadzący wyda odpowiednią zgodę i potwierdzi, że twojemu życiu lub zdrowiu nic nie zagraża. - w jego oczach pojawił się pewnego rodzaju błysk. Wierzył, że tak się stanie, chyba że rozmowa z magipsychologiem wykaże jakieś nieprawidłowości.
- Jeżeli tylko zechcesz, to mogę ci załatwiać odpowiednie eliksiry, żebyś nie musiała bawić się w chodzenie po składniki lub do Poppinsa. Dla mnie to nie jest żaden problem. - uśmiechnął się. - Poza tym, za niedługo zaczną się czas wolny. Warto, żebyś miała przy sobie jakieś małe zapasy.
Chciał, żeby Rhinna skorzystała z jego pomocy.
Szkoda tylko, że nie mógł w pełni zapobiegnąć nieszczęściu. Naprawdę chciał, aby to wszystko, co miało miejsce w ostatnim czasie, rozpłynęło się w powietrzu i nie pozostawiła po sobie niczego poza domyślaniem. Niestety — życie bywało okrutne, ciągnąc za linki przeznaczenia i kierując swoim własnym theatrum mundi. W wyższy byt nie mógł się bawić i nie zamierzał — już postanowił udowodnić własne umiejętności tworzenia zaklęć w wieku piętnastu lat. Jedyne, co mógł robić, to pomagać po fakcie dokonanym, czy to tym, którzy zbytnio przeliczyli się z własnymi umiejętnościami, czy jednak tym, którzy trafili pod ostrzał obrażeń. Bo chciał pomagać.
Gdyby go tutaj nie było, kto wie, jak dalej wyglądałoby leczenie dziewczyny.
Dlatego, kiedy to zajął się leczeniem pozostałych, możliwych do okiełznania urazów, wykazywał się zrozumiałością. Hamilton potrzebowała należytego wsparcia.
- Czasami zastanawiam się, skąd biorą się takie ścierwa... - i naprawdę, mimo empatii znajdującej się w sercu, nie potrafił zrozumieć takiego postępowania. Łamanie kości dla zabawy? Nie wiedział, kto dokładnie przetrzymywał dziewczynę, ale nie miał wątpliwości, że ktoś, kto posiadał doświadczenie i był posturowo zdecydowanie silniejszy. W końcu, jakby nie było, likantropia swoje robiła i wystarczająco wyostrzała wszelkie fizyczne cechy. Co jest satysfakcjonujące w walce przeciwko komuś, kto nie ma możliwości lepszej obrony? Poczucie kontroli? Wywyższania się? Wypełnienie jakiejś chorej pustki? - Złapali go? - może nie powinien pytać, ale w oczach zapalił się istny ogień, który częściowo opanowywał jego umysł. Kontrolując żar, jaki to postanowił się pojawić, czerpał z tych emocji przede wszystkim chęć walki o sprawiedliwość. Ciężko było o inne emocje, kiedy to wiedział, że takie bydlę istnieje i może krzywdzić dalej, jeżeli tylko znajdzie okazję.
Współpraca pod względem leczenia ran przebiegała pomyślnie. Dopiero przy karku zauważył napięcie na jej twarzy w postaci zaciśnięcia powiek, w związku z czym procedury wybierał jak najdelikatniejsze. Na szczęście wszystko przebiegało sprawnie. Owszem, jako osoba, która jeszcze nadal uczyła się zawodu, był bardziej narażony na błędy, ale, skupiwszy się na czynności, był pewien w rzucaniu zaklęć uzdrowicielskich.
"Nie wiem, jak przeżyłam."
- Tak, dwa tygodnie. - potwierdziwszy, na czole pojawiła się lekka, lwia zmarszczka, jakoby udowadniając, iż zastanowił się nad tym jeszcze bardziej. Dziewczyna musiała być zamknięta w takim miejscu, gdzie prawdopodobnie nie była w stanie monitorować przebiegu każdej doby. - Nie liczy się to, jak przeżyłaś. Liczy się przede wszystkim efekt — przeżyłaś. I możesz w końcu przebywać wśród bliskich. - a nie w otoczeniu psychopaty, który łamie żebra, uszkadza kark, rękę, a następnie niesie ze sobą ryzyko zakażenia.
Westchnął. Może gatunek ludzki, okiełznany przez niektóre elementy własnej natury, jest zbyt ślepy? Chęć wywyższania się, posiadania wszystkiego w okowach kontroli wydawała się kusząca, lecz Clement miał jedną zasadę, tą główną — żyć tak, aby nikomu swoimi działaniami krzywdy nie robić. Czy to fizycznej, czy psychicznej. Nie trzymał w napięciu dziewczyny, od razu informując ją o tym, co wstępnie udało im się ustalić. Odetchnięcie i błysk ulgi w jej tęczówkach napawał go nadzieją.
- To sprawimy, żeby były na nowo dobre, co ty na to? - nie chciał zakładać z góry złych wyników, ale nawet w tym przypadku silna wola mogła nie pomóc. Gryfonka była silna i jednak wiedział, że prędzej czy później powróci do pełni sił. Fizycznych, bo zdarzenia, które miały ostatnio miejsce, nie wpadną w otchłań zapomnienia, a prędzej będą krążyć niczym cień, niosąc ze sobą również doświadczenie. - Niech zwracają. Jak mnie nie zechcą, to założę własny szpital i zrobię im porządną konkurencję. - zaśmiał się. Co prawda nie powinien mówić takich rzeczy, bo cholera wie, czy przypadkiem pokój nie podlegał obserwacji, ale nie wątpił w swoje słowa. Mung w Wielkiej Brytanii nie miał żadnej konkurencji. Może to czas na jakąś rewolucję w tym zakresie? - Nie ma co zakładać od razu najgorszego. - uśmiechnął się. Wobec wszystkich był pozytywnie nastawiony względem przyszłości, chyba że pojawiał się ktoś, kto krzywdził — wówczas lepiej było, żeby ten ktoś nie pojawiał się przed osądzającym wzrokiem niebieskich tęczówek. - Prędzej czy później będą wiedzieli. - oznajmiwszy, podniósł brwi, gdy ta oznajmiła, że "już wystarczająco narobiła problemu". - Rhinna, problemu narobił porywacz, nie ty. Skąd miałaś wiedzieć, że ktoś postanowi wykorzystać jakąkolwiek możliwość i cię przetrzymać cholera wie gdzie? - może jego słowa brzmiały stanowczo, ale nie niosły ze sobą żadnej ostrości. Prędzej racjonalne podejście do sytuacji. - Żyjemy w magicznym świecie, gdzie zza rogu ktoś może, przy odpowiedniej determinacji, rzucić opłakane w skutkach zaklęcie, a każdy nosi różdżkę bez sprawdzenia przez kogokolwiek, czy w ogóle powinien ją nosić. - to w ogóle cud, że jeszcze się nie wyzabijali w tej magicznej społeczności.- Jednocześnie mamy w sobie na tyle zaufania, aby wierzyć, że wykorzystamy nasz dar w dobrym celu. Niestety, nie każdy to podziela. - westchnął. Wojny opłakane w skutkach, chęci bycia najpotężniejszym magiem i inne tego typu skutecznie pokazywały momentami smutną, ludzką naturę.
Wiedział też, że, jako ofiara, Hamilton obwiniała siebie, przenosząc odpowiedzialność cudzą na swój własny grunt. Widział po niej to zmarkotnienie, wysuszoną skórę w wyniku braku odpowiednich mikro- i makroskładników, widział, jak ze szczęśliwego wręcz skowronka stała się pokrzywdzonym przez los, wymagającym opieki ptakiem. Musiała zaleczyć rany, aby ponownie móc wzbić się w powietrze i odetchnąć pełną piersią.
- Nie ma co się dziwić - żołądek odzwyczaił się od pokarmu, w związku z czym wymaga innego pożywienia i podejścia. Może jedzenie w Mungu czasami nie jest zbyt dobre, ale postaram się, aby na przyszły tydzień trochę poknocić w jadłospisie. - porywanie się na zmianę notatek u skrzatów wydawało się być czymś nieprawidłowym, ale może tu i tam dobre słówko coś zdziała? Kto wie, nadziei nie porzucał. - Zawsze musi minąć trochę czasu, żeby organizm mógł się w pełni zregenerować. - odpowiedziawszy, kiedy to siedział na krześle, słysząc powoli zbliżające się stukoty kroków, kontynuował. - Rana na karku, jak i ręka wymagają nieco dłuższej opieki i na pewno minie parę tygodni, zanim w pełni się zregenerują. Odpowiednia dieta i unikanie ćwiczeń pozwolą na przyspieszenie tego procesu, wraz z odpowiednimi eliksirami. Kilka dni i na spokojnie wyjdziesz ze szpitala, gdy tylko uzdrowiciel prowadzący wyda odpowiednią zgodę i potwierdzi, że twojemu życiu lub zdrowiu nic nie zagraża. - w jego oczach pojawił się pewnego rodzaju błysk. Wierzył, że tak się stanie, chyba że rozmowa z magipsychologiem wykaże jakieś nieprawidłowości.
- Jeżeli tylko zechcesz, to mogę ci załatwiać odpowiednie eliksiry, żebyś nie musiała bawić się w chodzenie po składniki lub do Poppinsa. Dla mnie to nie jest żaden problem. - uśmiechnął się. - Poza tym, za niedługo zaczną się czas wolny. Warto, żebyś miała przy sobie jakieś małe zapasy.
Chciał, żeby Rhinna skorzystała z jego pomocy.





