Rhinna & Clement - po powrocie Rhinny do szkoły

ODPOWIEDZ
Wiek:
21
Data:
21 paź 2001
Genetyka:
Czarodziej
Krew:
Półkrwi
Zdrowie:
100
Zawód:
student
Pozycja w quidditchu:
nielot
Różdzka:
głóg, 12 i 3/4 cala, włos z ogona testrala
Zamożność:
klasa średnia
Stan cywilny:
kawaler
Clement Eideard Wendell
Posty: 17
Rejestracja: 23 lip 2023, 23:47

Umysł zawsze biegł - do przodu, myśli nie dawały się dogonić, a on sam siedział w pokoju, który z jednej strony dawał mu możliwość odetchnięcia, z drugiej: nawoływał do powrotu, udowadniając, jak życie i wszystko inne potrafią być kruche.
Ból, wspomnienia, nieudana próba zrobienia zaklęcia. Ogromna plama krwi, która pozostała na drewnianej podłodze, poczucie osamotnienia, pustki w tym wszystkim.
Każdego dnia budził się w ten sam sposób — zmęczony, z marami nocnymi, które powodowały, że czasami miał już tego dosyć. Mimo to nie mógł się poddać, nawet jeżeli potrzebował czasami swoistego odpoczynku od tego wszystkiego. Nie mógł uciec. Nie mógł wymazać wspomnień, wszak, tak czy siak, protezy były wystarczającym dowodem na to, iż coś w swoim życiu zepsuł; nie mógł wymazać wspomnień powrotu do zdrowia i sił, nie mógł wymazać wspomnień dotyczących umiejętności zachowania równowagi z czymś, co wydawało się inne. Nie mógł spowodować, aby "fałszywe" kończyny były takie same w odbiorze jak te prawdziwe. Chłodne, bez krwi, bez serca — jedyne, co powodowało, że były przydatne, to zdolność korzystania z nich w celu chwycenia przedmiotów i chodzenia.
Theo zginął i na to już nic nie mógł poradzić. Idąc do łazienki i patrząc w lustro, mógł siebie przeklinać i się poddać, ale nie potrafił. Wiedział, że musi iść do przodu — bo tego wymagają od niego inni. A przede wszystkim on sam, jeżeli chciał kiedyś móc odzyskać to, co na razie bezpowrotnie utracił; zimna woda z kranu pozwoliła mu na chwilowe ochłonięcie, kiedy to przemył twarz, wzdychając ciężej. Rzeczywistość momentami bywała przytłaczająca, ale nie mógł od niej uciec.
Na szczęście pewne rzeczy uległy zmianom. Rhinna wyszła już ze Szpitala Świętego Munga, co go niezmiernie cieszyło, ale też stawiało pod ostrzałem kolejnych pytań, jakie to rodziły się pod kopułą czaszki. Ubrawszy się, wziął jeszcze łyka jakiejś wczorajszej kawy, która waliła się na stoliku, udowadniając poniekąd to, że nie zależało mu zbytnio na ogarnianiu pewnego bałaganu tu i teraz, aby następnie opuścić mury akademika i udać się na liliowy staw. Chciał się zobaczyć z Gryfonką, kiedy to na jaw wyszły też pewne fakty z jej życia.
Czy w ogóle w świecie magicznym można zachować jakąkolwiek tajemnicę? Czy można przetrzymać to wszystko? Jak długo jeszcze będzie trwało to, że Theophilius zginął w nieszczęśliwym wypadku, a nie z jego własnych rąk? Ojciec nie chciał, żeby syn był widziany jako morderca. Jarzmo i waga brzemienia, które ze sobą nosił, było jednak za ciężkie, żeby do tej winy się wiecznie nie przyznawać.
Nie narzucił na siebie jakichś szczególnie wykwintnych ubrań. Prędzej te, które dawały mu swobodę ruchu, kiedy dostał się na miejsce, czując na swojej twarzy lekkie podmuchy wiatru. Bluza, biała podkoszulka, proste spodnie. Pewnie by go zjedli za ten ubiór, gdyby poszedł na zajęcia — w końcu, jako przedstawiciel swojego kierunku, powinien się inaczej kreować. To go jednak już nie interesowało.
Pogoda w Wielkiej Brytanii bywała momentami zdradliwa, w związku z czym momentami lepiej było nosić przy sobie jakąś magiczną parasolkę lub inny cud działania czarodziejskiego świata. Nie bał się deszczu, choć podejrzewał, że za niedługo będzie czekał go poważniejszy przegląd protez magicznych. Nawet jeżeli sam o nie dbał, musiał czasami zaufać innym specjalistom w tym temacie.
- Rhinna! - powiedział nieco głośniej, racząc ją tym samym ciepłym, widocznym uśmiechem. Możliwe, że mimo swojej miłości do punktualności, spóźnił się parę minut. - Przepraszam, że tak długo mi to wszystko zajęło. - odsunął nieco własną grzywkę, która postanowiła przysłonić mu widok Gryfonki. Prawa ręka nie miała takiego wyczucia, jak ta prawdziwa, ale nadal — czuł się lepiej, posiadając kończynę nawet w takim stanie, niż żeby jej w ogóle nie miał. - Jak samopoczucie? - oczywiście, jak żeby inaczej, na początku nie zamierzał walić z grubej rury, z kim się spotyka i tak dalej, ale interesowało go to. - Słyszałem, że Irytek podobno znowu rzucił w drugoklasistów łajnobombą, tuż nieopodal sekretariatu. Podobno gościu był porządnie wkurzony na ten smród. Współczuję woźnemu, który musiał ten bałagan ogarniać... - zarzucił losowo, chcąc sprawdzić, czy plotki dochodziły do wszystkich, czy jednak ktoś mu zapodał fałszywą informację.
W tajemniczym ogrodzie nikogo nie było, w związku z czym mogli liczyć na dyskrecję rozmowy i jej jednoczesną swobodę; w sumie nawet się z tego cieszył, bo wolałby uniknąć potencjalnego wzroku innych osób, które uczęszczały do szkoły.
Wiek:
17
Data:
15 cze 2006
Genetyka:
Animag
Krew:
Półkrwi
Zdrowie:
100
Zawód:
Student (I rok)
Pozycja w quidditchu:
Ścigający
Różdzka:
Włos z ogona jednorożca, akacja, 10”, giętka
Zamożność:
klasa średnia
Stan cywilny:
Moim Romeo Nevan
Rhinna Hamilton
Posty: 653
Rejestracja: 26 lut 2023, 17:14

W Mungu Rhinna spędziła kilka dni. Pierwsze godziny nie należały do najłatwiejszych, ale też działo się bardzo wiele rzeczy w jej najbliższym otoczeniu. Była pilnowana dzień i noc, nie mogła usnąć, za dużo zjeść - wszystko musiało się uspokoić w jej organizmie, a przede wszystkim głowie. Potem pod osłoną nocy przetransportowano ją do Skrzydła Szpitalnego, gdzie - pod okiem szkolnej piguły i częściowo opiekunki Gryffindoru - przyzwyczajała się do tłumów i ludzi dookoła. A ludzie przychodzili ją odwiedzać. W skrzydle pojawiła się w tajemnicy, z samego rana pojawił się jak za dotknięciem magicznej różdżki jej chłopak, a potem przez pomieszczenie, w którym leżała, przemknęło mnóstwo Gryfonów i nie tylko.
Po dwóch czy trzech dniach dziewczyna wróciła do Pokoju Wspólnego. Nie czuła się najpewniej, ale wiedziała, że musi próbować. Chciała naprawde jak najszybciej wrócić do normy. Przed nią duża droga, ale musiała to przebrnąć. I ludzie ją zapewniali, że to zrobi. Czemu więc ona w to nie wierzyła?
Z Clementem umówiła się w sumie trochę z godziny na godzinę, ale ucieszyła się na spotkanie z nim. Chłopak jej wiele pomógł w Szpitalu Św. Munga, zresztą, zawsze był obok jak i ona zawsze starała się być dobrą przyjaciółką. Oczywiście, jak to Rhi, stawiała sobie zawsze wysokie wymagania, ale zawsze chciała być obok, gdy Clement potrzebował kogoś bliskiego, rozmowy albo chociaż obecności. Nigdy się nad tym nie zastanawiała, ale przecież mogła liczyć na to samo ze strony chłopaka.
Nie czekała jakoś specjalnie długo na niego. Słysząc, jak woła jej imię, rozejrzała się. Zauważyła studenta i uśmiechnęła się ciepło. Sama była ubrana w spódnicę za kolano, koszulkę z krótkim rękawkiem i zarzucony sweter na plecy (do tego rozpuszczone włosy i wszystko łączyło się bardzo ładnie, a przede wszystkim - przysłaniało rany na karku), nie było jej zbyt zimno ani ciepło - chociaż był już maj pogoda była dość chłodna. Prawa ręka była obandażowana, od łokcia po prawie same palce i leżała na temblaku. Hamilton miała ją nie nadwyrężać, najlepiej dać całkowicie odpoczywać. Oczywiście to było dla niej bardzo ciężkie, ale nic nie mogła z tym zrobić. To była jednak dziewczyna czynu, nie potrafiła zbyt długo działać biernie. Teraz musiała i sporo ją to kosztowało.
- Hej Clement. Nie martw się, nie było tak długo. - posłała w jego stronę spokojny uśmiech. Podniosła lewą dłoń i założyła włosy za obydwoje uszu. Zaśmiała się cicho, słysząc plotkę o Irytku. - Prawie wszystko się zgadza. Niestety nasz pan sekretarz został też trafiony tą łajnobombą, więc... Wiesz, jak bardzo jest zawsze na nie, był jeszcze bardziej. Nie było mnie przy tym, ale musiało być grubo!
Give light

and people will find the way.
Wiek:
21
Data:
21 paź 2001
Genetyka:
Czarodziej
Krew:
Półkrwi
Zdrowie:
100
Zawód:
student
Pozycja w quidditchu:
nielot
Różdzka:
głóg, 12 i 3/4 cala, włos z ogona testrala
Zamożność:
klasa średnia
Stan cywilny:
kawaler
Clement Eideard Wendell
Posty: 17
Rejestracja: 23 lip 2023, 23:47

Nadzieja, ambicje, uśmiech i ból.
Podejrzewał, co musi czuć dziewczyna podczas powrotu do szkoły. Samemu zniknął na dłużej, uczniowie nie wiedzieli, kiedy wróci, a do tego jeszcze dopiero po dwóch latach mógł stanąć na pole łaski Hogwartu i konieczności udowadniania własnych umiejętności poprzez egzaminy, kartkówki oraz odpytywania. Nie miał łatwo na początku, ale potem rozwinął się w tych kwestiach, które wydawać by się mogły wręcz niemożliwe. Pod tym względem Rhinna miała zdecydowanie ułatwiony proces — w końcu minęły ponad dwa tygodnie i nadal pozostawała na tym samym roczniku szkolnym. Pod względem powrotu do normalnej rzeczywistości mogło to trwać jeszcze zdecydowanie za długo.
Widział w Mungu, co się działo i jak jej organizm reagował, popadając w atak paniki i wymagając interwencji kogoś z zewnątrz. Nie wiedział, jak dokładnie teraz to może wyglądać; nici emocji gdzieś starały się wyczuć nastrój Gryfonki, ale przecież zawsze był narażony na możliwość wykonania błędu. Nawet jeżeli znał przyjaciółkę już od dawna, to nie był alfą i omegą, ażeby móc przewidzieć absolutnie wszystko i bezbłędnie. Pozostawał człowiekiem, a bycie przedstawicielem tego gatunku wiązało się z koniecznością popełniania kalkulacji niewłaściwych, ażeby się na nich uczyć i czerpać wiedzę.
Wzrokiem jasnobłękitnych tęczówek przebadał "na oko" jej rękę. Co prawda rentgena w oczach nie posiadał, aczkolwiek chociażby po barwie bandaży mógł sprawdzić, czy są świeże, czy jednak zaniedbane, a tym samym wyłuskać pewnego rodzaju podejście dziewczyny do rehabilitacji po porwaniu. Do karku wglądu zbytnio nie miał ze względu na rozpuszczone włosy i zarzucony sweter na plecach, aczkolwiek na obecny moment musiał wierzyć, że z raną jest wszystko w porządku.
- Cieszę się. - odetchnąwszy z ulgą, kontynuował początkową rozmowę na temat słynnego pana z sekretariatu. - O jasny ciul. To pewnie nikt już niczego nie załatwił tego dnia. Współczuję studentom, jak na niego natrafili, bo pewnie odbiło im się to ładnie rykoszetem. - zaśmiawszy się, na szczęście tego dnia akurat nie miał nic do załatwienia. I całe szczęście, bo mogłoby się to skończyć wręcz tragicznie. Kto by pomyślał, że Irytek będzie zdeterminowany do tego stopnia, aby zadrzeć z największym wrogiem osób uczęszczających na zajęcia?
- Jak się goją rany? Cały proces przebiega w porządku? - zapytawszy się z troską, kiwnął głowa w kierunku ręki, jak i poniekąd potem w stronę karku, który pozostawał poza jego zasięgiem wzroku. Nawet jeżeli wcześniej pytał się w listach, to wolał mieć zapewnienie głosowe, gdzie, połączywszy mimikę twarzy i mowę ciała, łatwiej było odkryć prawdziwe znaczenie słów. - W ogóle, jeżeli mogę się zapytać, ale najpierw... - nie wiedział, jak rozpocząć ten temat, a też, nie lubił wchodzić z butami w cudze życie, dlatego nie było po nim widać żadnej wścibskości, prędzej troskę. Wyciągnął magiczny termos, a następnie nalał do dwóch kubeczków kakao. Kto by pomyślał, że akurat będzie coś takiego ze sobą nosić? - ...Masz ochotę? - uraczył ją uśmiechem, a następnie samemu upił łyk ciepłego napoju, trzymając go w obu dłoniach. Jedna z nich czuła temperaturę, druga już niespecjalnie. Nie była prawdziwą skórą, nie była niczym, co mogłoby ją kwalifikować do równego konkurenta prawidłowej kończyny. Czasami dawało to jednak przewagę na innym polu.
Usiadł na pobliskim kamieniu. Nie był on duży, ale jakoś szczególnie się tym nie martwił.
- Więc... To prawda, że masz chłopaka? Wolę dowiedzieć się u źródła niż poprzez plotki. - nie wspomniał o tym, że wiedział o domu. Clement często zdawał sobie sprawę z tego, że przynależność nie jest niczym, na co powinno się zwracać bezpośrednią uwagę. Gdyby jednak nie to, jakie inne plotki na temat Slytherinu chodziły, to by podszedł do tego z lżejszą ręką. - Wiem też, że nie powinienem się dopytywać i dociekać, dlatego nie musisz mi odpowiadać. - upiwszy kolejny łyk, kontynuował. - Dlaczego to ukrywaliście? -
ciekawiło go to, dlatego też temat ten rozpoczął może za szybko, ale za to w atmosferze, która nie polegała na ocenianiu jakkolwiek ich decyzji.
Wiek:
17
Data:
15 cze 2006
Genetyka:
Animag
Krew:
Półkrwi
Zdrowie:
100
Zawód:
Student (I rok)
Pozycja w quidditchu:
Ścigający
Różdzka:
Włos z ogona jednorożca, akacja, 10”, giętka
Zamożność:
klasa średnia
Stan cywilny:
Moim Romeo Nevan
Rhinna Hamilton
Posty: 653
Rejestracja: 26 lut 2023, 17:14

Hamilton była zawsze osobą uśmiechniętą, pełną nadziei, rozsiewającą dobry nastrój. Nawet do wrogów starała się być najbardziej neutralna jeśli już musiała - rzadko, naprawdę rzadko, a nawet i prawie w ogóle nie wdawała się w potyczki słowne, a tym bardziej jakiekolwiek inne. Zawsze starała się być pozytywną duszą dla wszystkich dookoła. Wolała się zajmować problemami innych osób, starać ich wspierać i zawsze służyć dobrą radą, aniżeli swoimi. A teraz była w sytuacji, gdzie każdy próbował jej pomóc i czuła się w tym... Dość dziwnie? Nieswojo? Oczywiście, że dopuszczała do siebie najbliższych, zwłaszcza gdy tego potrzebowała - a jednak przyjaciół, takich naprawdę bliskich miała sporo! - ale teraz nagle osoby mniej z nią zakumplowane chciały pomagać. To było bardzo miłe - ale trochę czuła się przez to nieswojo.
Dlatego tym bardziej, jeśli ktoś z jej najbliższych przyjaciół - Elijah, Andrea, Clement, czy Abigail między innymi - chciało z nią spędzić trochę czasu, z dala od szkolnych korytarzu, bardzo się z tego faktu cieszyła. Zwłaszcza, że sytuacja była dość specyficzna. Kilka rzeczy z jej życia wyszło na jaw i ludzie na to różnie reagowali. Wiedziała, że kiedyś tak będzie. Ale chciała wyswobodzić się z tajemnic na własnych warunkach i zasadach. No, nie udało się. Teraz musiała tylko to ogarnąć.
Była świadoma, że Clement będzie chciał podpytać się nie tylko o stan jej zdrowia fizycznego, ale też i psychicznego. Jako pierwsza osoba widział u niej pogłębiające się ataki paniki i histerii. Na szczęście nie dostała ich już kilkanaście razy dziennie, jak to bywało przez pierwsze dni, zwłaszcza w Mungu. Ale jednak to się nadal zdarzało. Jednak w tym momencie powtarzała sobie - momentami jak mantrę - że jest już bezpieczna i powinna starać się coraz bardziej wrócić do normy. Chciałaby już teraz, dlatego gdy coś szło nie tak, albo było nie w porządku - frustrowała się bardzo. Była na siebie zła, nadal, za tę całą sytuację. Jeszcze trochę czasu minie, nim przejdzie przez to wszystko, co ją spotkało. Ale w tym momencie nie było źle.
- Wszyscy wiemy, jak bardzo przyjemnym człowiekiem jest Pan z Sekretariatu, więc... Lepiej było tam tego dnia nie wchodzić. I przez kilka następnych dni tak naprawdę - dla własnego bezpieczeństwa! - nawet, gdyby musiała się tam pojawić, starałaby się rozciągnąć to w czasie. Po co się tylko narażać na niebezpieczeństwo (bo tak czasem mówili o tym konkretnym dorosłym...).
- Co do ran... Z ręką byłam rano u piguły. Mówiła, że jest w porządku, wszystko zaczyna się coraz lepiej goić, tylko powtarzała bym nie nadwyrężała ręki, a zwłaszcza nie wsiadała na miotłę. Zmieniła mi dzisiaj opatrunek, dopóki nic nie zrobię, powinno być spoko... - nie brzmiała na dość przekonaną, bo teraz tym bardziej czasami nie panowała nad tym, co robiła i jak czuła się wściekła, albo niepewna czy zaraz nie dostanie jakiegoś ataku paniki... Cóż, no, momentami nie zwracała uwagi na to, że prawa ręka musi być zostawiona w spokoju. - Co do karku, to zaczyna się wszystko zrastać. Chcesz zobaczyć? - to nie problem pokazać mu, by spojrzał swoim fachowym okiem - a na pewno bardziej niż jej.
Na widok kakaa jej oczy otworzyły się szerzej i nieco rozpogodziły. Uwielbiała ogólnie słodkości, ale ciepłe kakao to jednak coś, co zawsze wprowadzało ją w dobry humor. Podejrzewała, o co chce zapytać Clement, ale nie zamierzała go wstrzymywać. Chwyciła w dłoń drugi kubek z kakao i szybko upiła kilka łyków. Odsunęła kubek od ust i odetchnęła, z lekkim uśmiechem na ustach. Tak, tego zdecydowanie było jej potrzeba.
- Znasz mnie zdecydowanie za dobrze. - wymamrotała, przysuwając znów kubek do ust.
Gdy Clement usiadł, skierowała na niego spojrzenie. Czekała tylko na pytanie. Gdy je usłyszała, przymknęła powieki. No, prędzej czy później musiała przyjść sytuacja, w której będzie wypytywana - i nie była na nikogo o to zła. Zdecydowanie. To była normalna kolej rzeczy, zwłaszcza wśród przyjaciół. Odnalazła wzrokiem miejsce, w którym mogła spokojnie usiąść i opadła na trawę, uprzednio ściągając sweter z ramion i podkładając go sobie jak poduszkę. Chwyciła nieco zestresowana kubek w obydwie dłonie, również rannej ręki i wbiła spojrzenie w kakao. Uśmiechnęła się niepewnie.
- Tak, to prawda. Mam chłopaka już od... od jakiegoś czasu. - zacisnęła niepewnie palce, przez moment jakby bojąc się podnieść wzrok na Clementa. W końcu jednak powoli przesunęła na niego spojrzenie. - Jak zapewne wiesz, to Ślizgon, Nevan Fraser. Nie znam drugiego takiego ślizgona, od początku naszej znajomości wydawał mi się inny, spokojniejszy niż reszta zielonych. A gdy zaczęło coś się między nami dziać, nie miałam najlepszych kontaktów z niektórymi z uczniów Slytherinu, więc... Zwłaszcza, że Nevan był w szajce, z Leną i Peterem. Z nimi to już w ogóle się nie lubiłam. - uniosła powoli kubek z kakaem i wlała w siebie kilka łyczków. Walczyła teraz ze sobą, czy przyznać się Clementowi, że tą Sectumsemprą to tak naprawdę dostała od Leny - do ogólnej informacji poszło, że to byli Ślizgoni. I żadnych nazwisk. Przełknęła napój i westchnęła cicho.
Give light

and people will find the way.
Wiek:
21
Data:
21 paź 2001
Genetyka:
Czarodziej
Krew:
Półkrwi
Zdrowie:
100
Zawód:
student
Pozycja w quidditchu:
nielot
Różdzka:
głóg, 12 i 3/4 cala, włos z ogona testrala
Zamożność:
klasa średnia
Stan cywilny:
kawaler
Clement Eideard Wendell
Posty: 17
Rejestracja: 23 lip 2023, 23:47

Clement podejrzewał, że dawka wsparcia ze strony innych, gdy zazwyczaj samemu tę pomoc się daje, mogła być dla dziewczyny nieswoja. Oczywiście nie mógł wejść dokładnie w jej skórę, ale pewne doświadczenia z przeszłości dawały o sobie znać bez najmniejszej skazy. Początkowe ukrywanie w cieniu zamienił w coś, co rzeczywiście pozwoliło mu rozwinąć własne skrzydła. Dlatego wierzył, iż Rhinna prędzej czy później wstanie z powrotem na nogi do tego stopnia, że cień wydarzeń przeszłych nie wpłynie na nią w żaden negatywny sposób — poza doświadczeniem.
Ale czymże jest to doświadczenie, skoro pozostawia po sobie krzywdę i pokazuje, że "bezpieczeństwo" w obrębach szkolnego muru jest tak naprawdę jedynie złudną nadzieją? Pozornie najbezpieczniejsze miejsce na świecie ukazało swoją największą słabość w postaci jedynie przyśpiewek, a nie prawdziwego podejścia. Luka, że hej, ale tego Clement już decydował się nie komentować na ramach własnego widzimisię. Byłoby to tylko żmudnym powtarzaniem prawdy, której nawet powtarzanie nie zmienia niczego. Jeżeli Hogwart chciał naprawdę zadbać o zabezpieczenia magiczne, powinien wyszkolić nie tylko kadrę, ale też i zadbać o takie bariery, które nie pozwalałyby osobom z zewnątrz na wejście bez zgody zarządu.
I tak — obserwował jako pierwszy jej atak paniki. Był poniekąd elementem początku, ale zapewne niekoniecznie końca. Wszystko mogło się zmienić z czasem, napady nagle ustać, ale nie pozostawał kluczem do zamknięcia sprawy. Owszem, pomagać potrafił, ale w jakim stopniu to wsparcie podniesie ją na duchu? No cóż, tego przewidzieć nie mógł.
- Czasami się zastanawiam, jak smutne trzeba mieć życie, żeby komuś równie je psuć. - dorzucił jeszcze na zakąskę, choć nie wymagał odpowiedzi. Społeczeństwo obecnie dzieliło się na ludzi sukcesu, jak i ludzi porażki. Dawne tradycje zostawały zaburzone poprzez "postęp", ale, kiedy to Eideard bardziej doglądał tego całego obrazu melancholii, zdawał sobie sprawę, iż są to tylko i wyłącznie złudne nadzieje. Z emocji wielu przerzuciło się na zewnętrzną aparycję. Na to, aby być kimś dla wszystkich, ale niekoniecznie dla siebie. Sam wolał snuć się niczym cień — gdzieś w zapomnieniu, gdzieś obserwując. I to pozwalało mu na wyciąganie różnych wniosków. Imprezy studenckie nie były dla niego, tak samo reszta atrakcji. W pewnym momencie swojego życia musiał dorosnąć na tyle szybko i nagle, iż zapewne, teraz, miał trzydzieści pięć lat mentalnie, na duszy.
- Jak jej nastrój? - zapytał się, rzecz jasna, o pigułę. - Czasami mam wrażenie, że robię dla niej sporą konkurencję, ale następnie zdaję sobie sprawę, że poprzeczka nie jest zbyt wysoka. - nie ulegało wątpliwościom to, iż owszem, doświadczenie kobieta posiadała, niemniej jednak z empatią było u niej ciężko. W szczególności teraz, gdy co chwilę ktoś do niej przychodził i praktycznie nie miała ani chwili wytchnienia. - Zamierzasz się tego trzymać? - Clement podniósł brwi. Nie oczekiwał może odpowiedzi, a prędzej wiedział, że w takiej sytuacji ciężko jest ustać w jednym miejscu. Sport bywa zbawienny, jeżeli chodzi o poprawienie nastroju i stłumienie emocji, z czego doskonale zdawał sobie sprawę. Momentami żałował, że przez natłok rzeczy w życiu nie mógł w pełni oddać się treningom. Nie tym quidditchowym, rzecz jasna, wszak szkoda było mu ewentualnego uszkodzenia protez, ale tym bardziej "przyziemnym". - Jeżeli tylko chcesz, to mogę zerknąć. Nie zamierzam robić jednak niczego wbrew twojej woli. - owszem, pewne ziarno kontroli procesu leczenia zawsze było na plus, ale mimo wszystko i wbrew wszystkiemu nie zamierzał wchodzić z butami tam, gdzie nie było jego miejsce.
Po prostu.
Samemu upił łyk kakao, zanim to nie doszli do kolejnego fragmentu ich rozmowy.
- Całkiem możliwe. - potwierdził, ale jednocześnie nie do końca. Czy za dobrze, to powątpiewał. W końcu każdy człowiek ma swoje tajemnice, które chce ukryć za wszelką cenę. I nawet jeżeli mógł kogoś znać za dobrze, to nadal nie mógł być istotą wszechwiedzącą na temat konkretnego przyjaciela bądź przyjaciółki.
Uśmiechnął się w kierunku Hamilton, nie zamierzając oceniać w żaden sposób jej wyboru. Zresztą, kto potrafi kontrolować uczucia? Kto potrafi z łatwością odciąć się od tego, co dzieje się w sercu? Ile historia przynosi przypadków, gdy jednak, pomimo zdrad i krzywd, nadal kocha się jedną i tę samą osobę? Może to ślepota, a może po prostu ludzka słabość, której nikt nie chce wyplenić. Serce nie służy stricte i nie podlega bezpośrednio pod pełną kontrolę myśli.
- Cieszę się, że możesz komuś zaufać. - nie zamierzał oceniać chłopaka po tym, iż należy do Slytherinu. W końcu to Tiara Przydziału, jak sama nazwa wskazuje, przydzieliła im domy. Sam do węży by nie pasował, ale zauważył jedną zależność — przeciwieństwa uwielbiają się przyciągać. W sumie chętnie zlikwidowałby te domy na rzecz równości. Walka o punkty? Chyba w pierwszych klasach, a dopiero potem staje się czymś w rodzaju żmudnego dodatku, a nie konieczności. - Ogólnie Ślizgoni źle kojarzą się właśnie przez tę szajkę. - podsumował nieco, ale no właśnie. To tylko skojarzenia. Czasami prawdziwe, czasami krzywdzące, czasami polegające na wrzucaniu osób do jednego worka. To tak, jakby Gryffindor wrzucić do worka na głupich, ale odważnych. - Czasami czuję, że ten fenomen z szajką mnie trochę ominął. Albo, inaczej — skutki. - obserwował ludzi z boku. Dopóki wtedy, gdy działa się krzywda, interweniował, chociaż wolał zapobiegać, niż leczyć. W końcu na tym polega ten zawód, jeżeli działa w terenie.
- Co było powodem konfliktu? - nigdy nie dopytywał na ten temat, w związku z czym trochę czuł się dziwnie, zadając takie pytania. Pewne rzeczy go ominęły i owszem, Sectumsempra na Rhinnie nie obyła się bez echa, ale nadal — wolał konkrety, kawę na ławę, aniżeli domniemanie.
Wiek:
17
Data:
15 cze 2006
Genetyka:
Animag
Krew:
Półkrwi
Zdrowie:
100
Zawód:
Student (I rok)
Pozycja w quidditchu:
Ścigający
Różdzka:
Włos z ogona jednorożca, akacja, 10”, giętka
Zamożność:
klasa średnia
Stan cywilny:
Moim Romeo Nevan
Rhinna Hamilton
Posty: 653
Rejestracja: 26 lut 2023, 17:14

Hamilton z początku długo zastanawiała się, czy aby na pewno jest bezpieczna w tym Hogwarcie. Nie mówiła tego, nikomu, nawet najbliższym - ale czasem przechodziły ją myśli, że Ihor będzie na nią polować, żeby dokończyć swojego dzieła. Z początku ciężko było jej uwierzyć, że jest bezpieczna. Niby zawsze była, a skończyło się jak się skończyło. Starała się nie wracać do tego myślami, ale momentami była to żłudna praca. Zdecydowanie lepiej było, gdy już opuściła Skrzydło Szpitalne i mogła poruszać się po zamku. Wtedy zawsze czymś próbowała zająć myśli, znaleźć sobie jakieś zajęcie.
Bała się odpowiedzieć Clementowi na jego pytanie o ludziach, którzy psuli innym życie. To było coś, czego nigdy nie zrozumie. Ona zawsze była nastawiona pozytywnie do innych ludzi - co takiego mogło przynieść jej zniszczenie kogoś? To nie miało najmniejszego sensu. Najlepszym przykładem jest to, co myślała o Malfoyu czy Lenie. Obydwoje jej napsuli krwi, ale żadnemu nie życzyła aż tak źle. Owszem, jakieś tam kiepskie myśli się oczywiście pojawiły, ale w granicach jakiejś tam przyzwoitości. Sama by im krzywdy nie zrobiła. A może niektórym i powinna, należało się. Ale Hamilton była niewinnym i miłym stworzeniem. Przynajmniej się starała.
- Nastrój? Ona miewa jakiejś inne nastroje, aniżeli niezadowolenie? - Rhinna uśmiechnęła się kącikiem ust. Mimo, że ostatnio bywała częstym - nawet i bardzo - gościek Skrzydła Szpitalnego, nie przepadała za pigułą. Ta przez pierwszych kilka dni, gdy Hamilton wylądowała w Skrzydle starała się być wyrozumiałą. Rhinna byla pewna, że kobieta nawet się ucieszyła, gdy Nevan zostawał u niej na noc. Nie musiała wstawać do niej zbyt często, blondynka budziła się przerażona. Miała nieco mniejszy z nią problem dzięki temu. Ale nie mówiła o tym głośno. Jednak odrobinę musiała jeszcze na nią polegać. - Robisz na pewno. O wiele bardziej wolę się do Ciebie zwrócić, niż do niej, tylko problram jest taki, że muszę jej się pokazywać. Gdyby nie to, byłabym jeszcze częstszym gościem u Ciebie. A tak.. Jestem na nią skazana. - wzruszyła lekko ramionami, ale po chwili Clement zadał jej bardzo dobre pytanie. Odchrząknęła cicho, odwracając spojrzenie. Już raz była bliska złapania za miotłę. Powstrzymała się. Ale nie była w stanie stwierdzić, na jak długo jej się uda powstrzymywać. W końcu uśmiechnęła się, dość niepewnie i z lekkim zawstydzeniem wróciła spojrzeniem do Clementa. - Wiesz, jakby nie patrzeć, nadal jestem kapitanem Gryfonów iiiii... Chciałabym dawać dobry przykład. Na razie udało mi się powstrzymać od latania. Nie wiem, na jak długo dam radę. Ale postaram się! - nie chciała go oszukiwać, bo mogło się stać tak, że lada moment postanowi jednak złapać za miotłę. A gdyby powiedziała, że tego nie zrobi - jawnie by go okłamała. A tego naprawdę nie chciała.
Wzięła głębszy wdech i powoli odwróciła się w stronę chłopaka. Uniosła ręce w górę, łapiąc rozpuszczone blond włosy i podniosła je w górę, by przyjaciel mógł spokojnie spojrzeć na ranę na karku. Nie miała w tym momencie na niej opatrunku - a może powinna? - rana miała oddychać, a sama Hamilton nie znała się na uzdrawianiu jakoś szczególnie. Wolała, by chłopak spojrzał na ślady po pazurach. Nadal je odczuwała, ale nie była w stanie nawet powiedzieć, czy rana sama w sobie nie jest znów zabrudzona. Dlatego tylko spokojnie czekała, co zrobi Clement. - Jeśli coś trzeba z nią zrobić, nie wiem, oczyścić, nałożyć opatrunek, czy coś, nie krępuj się. - rzuciła jeszcze tylko, dając mu jakby swobodę w działaniu. To on się tutaj szkolił na uzdrowiciela, a nie ona.
W takich codziennych, momentami nawet błachych sprawach Clement ją znał bardzo dobrze. Wiedział, co sprawi jej przyjemność, czego może się napić dla poprawienia humoru, gdzie się z nią spotkać. Rhinna była w gruncie rzeczy bardzo prostym stworzeniem do obsługi. Owszem, może i takie najskrytsze rzeczy wiedzieli o niej tylko najbliżsi, ale jakby nie patrzeć Clement był jedną z takich osób. Oczywiście, że momentami ciężko było przewidzieć zachowanie, niektóre myśli, ale jego wiedza na jej temat była dość duża.
Gdy temat zszedł na chłopaka blondwłosej, ta zarumieniła się dość mocno. Ten temat był tak świeży i nowy dla niej, że wyglądała jakby ledwo co się zakochała. A przecież już jakiś czas to trwało! Ale ta sytuacja tylko pozwalała jej na poznanie tego wszystkiego na nowo, na spojrzenie na ten temat inaczej, przez inny pryzmat.
- Ufam mu całkowicie. Naprawdę. - uśmiechnęła się lekko i spojrzała w niebo, jakby zastanawiała się nad czymś. W końcu przymknęła powieki i westchnęła. - Nie wiem, od czego ten konflikt się zaczął. Ale pamiętasz tę nieszczęśliwą Sectumemprę? Lena mnie tą klątwą uraczyła. - spuściła spojrzenie i upiła nieco zakłopotana kakao. Nikt nie wiedział, może dwie osoby prócz niej i szajki. Odchrząknęła cicho. - Nevan przy tym był i gdyby nie jego szybka reakcja, mogło by się to o wiele gorzej skończyć. Serio, ta Gregorovic to jakaś wariatka. Mam nadzieję, że więcej się z nią nie spotkam sam na sam. Trochę się jej boję. - na potwierdzenie swoich słów wzdrygnęła się dość mocno i wypuściła głośno powietrze.
Give light

and people will find the way.
Wiek:
21
Data:
21 paź 2001
Genetyka:
Czarodziej
Krew:
Półkrwi
Zdrowie:
100
Zawód:
student
Pozycja w quidditchu:
nielot
Różdzka:
głóg, 12 i 3/4 cala, włos z ogona testrala
Zamożność:
klasa średnia
Stan cywilny:
kawaler
Clement Eideard Wendell
Posty: 17
Rejestracja: 23 lip 2023, 23:47

Teoretycznie nic nie powinno już grozić dziewczynie, ale czy na pewno? Czy nie znajdą się na jej drodze, która i tak obecnie była ciernista, kolejne niebezpieczeństwa? Czy ponownie nie zahaczy skrzydłami o coś, co nagle wyrośnie i postanowi uniemożliwić jej kolejny lot? Ludzka natura jest słaba i doskonale o tym wiedział. Wystarczy chwila nieuwagi, aby znaleźć się na drugim świecie lub jedną nogą w grobie, dobitnie udowadniając, że świat magiczny niesie ze sobą zarówno wiele możliwości, jak i zagrożeń. Umiejętności, które zostały im przekazane poprzez krew rodziców, może były niesamowite, ale, jak wszystko, wiązały się z obowiązkiem odpowiedzialności za własne działania.
W końcu taka różdżka — z jednej strony narzędzie tworzenia, z drugiej — narzędzie destrukcji. To tylko i wyłącznie od woli twórcy zależy, czy postanowi iść w kierunku czynienia dobra, czy jednak w kierunku czynienia zła. W końcu z natury nie ma ludzi złych, są ludzie prędzej zagubieni we własnych działaniach, tudzież akcjach.
Wybór drogi uzdrowiciela to nie tylko i wyłącznie etap polegający na chęci odzyskania kończyn. To także etap, w którym ludzka dusza przekłada cudze dobro ponad własne. A przynajmniej tak to samemu odczuwał.
- Zawsze musi być przyczyna takiego, a nie innego zachowania. - tak naprawdę nikt nie znał pełnej historii pielęgniarki. Zawsze mogła kryć się za tym większa głębia, a może po prostu lubił dorabiać jakieś większe znaczenia. Czasami ludzie z natury podchodzą do swojej pracy w ten sposób, czyż nie? Często bywa jednak tak, iż braki w dzieciństwie lub nieodpowiednia postawa rodziców wpływa w taki, a nie inny sposób na funkcjonowanie w dorosłym życiu. - No tak. Zdaję sobie z tego sprawę. Prosta papierologia, która mogłaby się później odbić. - w końcu niestety, Rhinna nadal pozostawała uczennicą, za którą nauczyciele odpowiadali momentami własnym zdrowiem lub życiem. Wystarczy mniej bądź co bądź, bardziej wybuchowy rodzic, ażeby w ruch poszła różdżka, mimo wszelkich starań. Emocje, którymi się kierowali, w pewnym momencie mogły działać na ich niekorzyść, a w końcu nie ma silniejszej więzi niż tej powiązanej z miłością do własnego dziecka.
- Zastanawiam się zawsze, skąd wobec nas samych bierze się samokrytycyzm. - jasnoniebieskie tęczówki zerknęły w kierunku dziewczyny, gdy upił kolejny łyk ciepłego napoju. - Odpoczywając, dajesz dobry przykład innym. Trzeba wiedzieć, kiedy się odwrócić i wylizać swoje rany, aniżeli podjąć się ryzyka i potem zmagać się z dłuższym leczeniem i ewentualnymi powikłaniami. - może brzmiało to nazbyt medycznie, ale w końcu nic dziwnego. - Każdy z nas potrzebuje odpoczynku. Pamiętaj o tym, jeżeli nadejdzie cię ochota na wskoczenie na miotłę. - kiwnąwszy w stronę jej zabandażowanej ręki, musiała wiedzieć, gdzie zachować te zdrowe "ograniczenia". W końcu nawet czarodziejskie szachy są poniekąd dyscypliną sportową. To nie mięśnie ulegają polepszeniu, a umysł.
Odstawił to, co miał w dłoniach, aby następnie zerknąć na ranę, która znajdowała się na karku dziewczyny. Podszedł do tego, jak żeby inaczej, ostrożnie i uważnie, sprawdzając brzegi urazów, ażeby mieć pewność, że proces leczenia przebiega prawidłowo. Nie widział żadnego skupiska zapalenia bądź ropy, co świadczyło bardzo dobrze o dalszym leczeniu. Mógł odetchnąć z ulgą — przynajmniej w obecnej chwili.
- Nie trzeba na obecną chwilę niczego zmieniać, wszystko jest w porządku. - odsunąwszy się, nie wątpił w to, że piguła naprawdę dobrze dbała o Rhinnę. W końcu nie bez powodu leczyła dzieciaki w szkole, która niosła ze sobą chyba najwięcej zagrożeń od ostatnich kilkunastu lat; powróciwszy do picia kakao, wsłuchał się w kolejne słowa, kiedy to temat dotyczył przede wszystkim związku dziewczyny. Samemu nie wymagał od niej odpowiedzi, a prędzej był ciekawy. W końcu wchodzenie z brudnymi butami w cudze życie nie było jego marzeniem — i nigdy nie będzie.
Dlatego dawał tę przestrzeń pozwalającą na wycofanie się z rozmowy. Nie nalegał, nie przyciskał do muru, a zwyczajnie działał na zasadzie "Jeżeli ktoś mi ufa, nie będzie miał wątpliwości podzielić się tą informacją. A jeżeli wątpliwości się pojawią, to znaczy, że nie jestem godzien, aby o wszystkim wiedzieć." Pragnął zjednać sobie naprawdę wiele osób i się z nimi zaprzyjaźnić, ale z drugiej strony nie wymagał od nikogo bycia ani absolutnie dobrym, ani absolutnie złym. Ludzie są różni i tego się przede wszystkim trzymał.
A każdy jest inny. I wymaga innego podejścia.
Zauważył rumieniec dziewczyny i w tym momencie zastanowił się, czy chodziło stricte o pytania, czy może o fakt, że rozmawiali na temat jej związku. Łatwo i dość szybko zdążył połączyć ze sobą odpowiednie kropki, ślad po śladzie, dochodząc do dość pasującego wniosku. Jeżeli ich relacja była ukrywana przez długi czas, to zwyczajnie o niej nie rozmawiali; Rhinna mogła się zatem czuć tak, jakby jej tajemnica po prostu została odkryta. A jak wiadomo, inaczej jest na początku, gdy oznajmia się dookoła, komu powierza się swoje ciało i uczucia, a inaczej jest wtedy, gdy już stanie się to porządkiem dziennym. I każdy widzi, jak to wygląda.
- Cieszę się. - może nie była to rozbudowana odpowiedź, ale na pewno wspierająca i ciepła. Z ust Clementa jak najbardziej; w końcu każdemu starał się życzyć jak najlepiej, aby wszystko się jakoś poukładało. - Gregorovic? - spojrzał dokładniej na twarz Gryfonki, zastanawiając się, czy to na pewno musi być jakimś zwyczajem, iż Ślizgoni najczęściej cisną czarnomagicznymi zaklęciami po innych uczniach. Zbytnio dziewczyny nie znał, ale gdzieś jakoś w środku się zagotowywał delikatnie. Może nie było tego widać, owszem, ale jakieś dziwne napięcie przeszło po jego głowie. Wyrzut adrenaliny? Prawdopodobnie. Nazwisko doskonale mówiło mu o rosyjskich korzeniach, a tym samym łączyło się to z Drumstagiem. Prosta droga do jednego wniosku — do szkoły, która naucza praktyk, jakie to powinny być stosowane jedynie w ostateczności.
- "Im dłużej praktykujesz czarną magię, tym bardziej ta pochłonie twoją duszę." - w medycynie czarodziejów znane były przypadki "zwariowania" poprzez właśnie tę dziedzinę. - Czasami na oddziale pojawiają się osoby, które były zbyt słabe psychicznie, aby oprzeć się czarnej magii. Niestety, samo praktykowanie jej i nauczanie się, wszak wymaga odpowiedniej wiedzy, również się z tym wiąże. - zauważał jedną zależność: jeżeli ktoś ma wymówkę na każde swoje działanie, to tym prędzej poczuje się bezkarny, rzucając po korytarzach zaklęcia, które nie powinny być dozwolone w murach szkoły. - Im częściej rzuca się takie uroki, tym empatia bardziej zanika. Nazwałbym to "czymś" za "coś". Większą mocą za odrzucenie pewnej części własnego człowieczeństwa. Czy jest to wymiana warta świeczki? Nie sądzę. - w końcu jak inaczej można nazwać to, co się działo? Ile razy historia musi pokazać, do czego tak naprawdę prowadzi ta dziedzina? Samemu do niej podchodził neutralnie, znał jej podstawy, ale się kontrolował.
W końcu musiał. Inaczej już dawno emocje pożarłyby innych, gdy był na samym dnie.
- Nie chcesz jej zgłosić? - zapytał się całkiem poważnie. Skoro uczennica stwarzała zagrożenie dla innych, sama była tak naprawdę tykającą łajnobombą. Niestety — kiedy wybuchnie, pociągnie za sobą coś więcej, niż tylko i wyłącznie zapach. - Nie dziwię ci się. Lepiej jest ją zdecydowanie unikać, bo kto wie, co może jej strzelić do głowy. I dobrze, że był przy tobie Nevan. - potwierdziwszy, westchnął poniekąd. - Dlaczego w ogóle postanowiła się chwycić za takie zaklęcie? - interesowała go ta sprawa, dlatego nic dziwnego, że nieco drążył temat. W końcu starał się zrozumieć każdego, ale, jak wiadomo, nie da się w pełni tego zrobić.
Wiek:
17
Data:
15 cze 2006
Genetyka:
Animag
Krew:
Półkrwi
Zdrowie:
100
Zawód:
Student (I rok)
Pozycja w quidditchu:
Ścigający
Różdzka:
Włos z ogona jednorożca, akacja, 10”, giętka
Zamożność:
klasa średnia
Stan cywilny:
Moim Romeo Nevan
Rhinna Hamilton
Posty: 653
Rejestracja: 26 lut 2023, 17:14

Po tym wszystkim, co się działo przez ostatni miesiąc Hamilton wątpiła w powszechne stwierdzenie - Hogwart to najbezpieczniejsze miejsce. To w sumie dość zabawnie nawet brzmiało, biorąc pod uwagę majową pełnię. Wiedziała, kto ucierpiał, mniej więcej w jakim stopniu, ale nie dopytywała szczegółów. Na razie nie chciała za dużo wiedzieć, co się dzieje, dlaczego się stało, z jakiego powodu. Gdy już dojdzie do siebie w stu procentach, wtedy może zacząć się zastanawiać, co tak naprawdę było powodem tego ataku i dlaczego akurat teraz. To nie był czas na to. Nie mniej zamierzała mieć się na baczności i przynajmnienj starać się nie wpadać już w żadne kłopoty do końca roku szkolnego - a najlepiej i dalej.
Nie zastanawiała się nigdy nad tym, ale faktycznie - magiczny świat nie sprzyjał tylko i wyłącznie bezpieczeństwu. Samo posiadanie magicznego drewienka, którym można było - oczywiście, zrobić mnóstwo dobrych rzeczy i naprawiać świat, co chciała robić Hamilton swoją różdżką - wyrządzić tak wielką komuś krzwdę, a nawet zabić było... Z jednej strony absurdalne. Czasami dochodziła do wniosku, że wcale nie dziwi się mugolom, że jest to dla nich abstrakcja i nie mogą w to uwierzyć. Gdyby sama nie była czarownicą - nie mogłaby w to uwierzyć. Jeśli liczyć tylko te dobre rzeczy - świat byłby idealny. Ale niestety tak nie było. I po tych dwóch tygodniach w podziemiach dowiedziała się o tym jeszcze bardziej i dosadniej.
- Nie chcę wnikać. Nie mogę za bardzo narzekać, bo jednak zajmuje się mną - na pewno najlepiej, jak umie. Czasami chodzę do niej, by porozmawiać. Wiesz, o tym.. O tym, co się działo. Nie ocenia. Wysłucha. Co prawda, z tym swoim przykrym wyrazem twarzy, ale jednak. To samo Fessonhay. Obydwie mi pomagają na tyle, na ile mogą. I jestem im wdzięczna. - Rhinna uśmiechnęła się delikatnie pod nosem. Jakby nie patrzeć, nie mieli tutaj typowego magipsychologa, ale nie mogła naprawdę narzekać. Fakt faktem, gdy było dla piguły za ciężko, zawsze miała eliksiry pod ręką, u opiekunki Gryfonów nie - stąd chyba te drugie "sesje" były dla niej ważniejsze. Ale potrafiła dostrzec, że obydwie starają się jak mogę, by Rhi stanęła na własnych nogach.
- Oh, nie, nie zaczynajmy tematu samokrytycyzmu, proszę. Chyba jestem jedną z największych osób z tą wadą - bo to już u mnie jest wada - w zamku. Zwłaszcza od tego czasu, jak wróciłam. Nie ma ze mną łatwego życia. - starała się to obrócić w żart, ale słychać było gdzieś w głębi jej głosu, że to czysta prawda. Ile razy słyszała od znajomych, że nic nie jest jej winą, nie zrobiła nic złego i miała prawo mieć teraz ciężki, a wręcz zły czas, a ona najchętniej już teraz by stanęła na nogi i wróciła do cieszenia się ze wszystkiego, podnoszenia ludzi na duchu i pomocy innym osobom. Tak by było. Teraz. - Co do miotły... Tak jak powiedziałeś - staram się dawać dobry przykład innym. Ale w mojej głowie to naprawdę źle brzmi. Czuję, że moja nadobowiązkowość trochę daje się we znaki - według mojej głowy dobry przykład byłby wtedy, gdybym od razu wróciła do treningów. Ciężko jest mi sobie przetłumaczyć, że powinno być inaczej, dlatego też czuję jakąś wewnętrzną presję. Wiem jednak, że jeśli nie odpocznę teraz, mogę sobie zrobić jeszcze większą krzywdę i nigdy już nie latać. - a tego chyba by Rhinna nie przeżyła. Długi długi czas zastanawiała się nad karierą miotlarską, ale teraz już nie wiedziała, co może zrobić. W głowie kiełkował jej pomysł aurorstwa. Zwłaszcza po tym, co się stało - ale miała jeszcze rok do tego, nie chciała w tym momencie się skupiać na myślach, gdzie powinna pójść. Miała jeszcze trochę za dużo mętlik w głowie, by serio się nad tym zastanawiać. Skierowała spojrzenie na zabandażowaną rękę i uśmiechnęła się lekko.
Gdy Clement oglądał ranę na jej karku, dziewczyna była odrobinę spięta. Starała się robić wszystko zgodnie z zaleceniami, aby to jakoś zaczęło ładnie wyglądać, więc gdyby usłyszała, że coś jest nie w porządku - na pewno nie byłaby z tego faktu zadowolona. Ale odetchnęła i spuściła powietrze z płuc, gdy zostało stwierdzone, że jest ok. Podziękowała mu lekkim skinięciem głowy i jeszcze szerszym, cieplejszym uśmiechem.
Hamilton była bardzo otwarta do ludzi. Co prawda, były rzeczy, które trzymała dla siebie i była jedną z lepszych osób, jeśli chodzi o dotrzymywanie wszelakich tajemnic. Chociażby tajemnica związku czy metamorfomagii Nevana, o której nikt tak naprawdę nie wiedział, prócz osób które musiały to wiedzieć - ale miała też kilka swoich, o których wiedzieli nieliczni. Clement zaliczał się do naprawdę bliskich jej osób i gdyby wszystko się inaczej ułożyła, Rhinna na pewno powiedziałaby mu o jej życiu miłosnym - od razu, gdy Nevan skończyłby szkołę. A tak? Wszystko legło w gruzach i Hamilton trochę czuła się przez to nieswoja. Starała się nie zwracać uwagę na niepochlebne spojrzenia niektórych dziewczyn - zwłaszcza tych z zielonego domu - i nie przejmować się tym, co ludzie powiedzą. Zwłaszcza, że naprawdę sporo osób ją wspierało i nie miało do niej żadnych pretensji, wręcz przeciwnie. A tego dziewczyna bała się najbardziej - była pewna ich wspólnej decyzji utrzymywania związku w tajemnicy, ale brała pod uwagę możliwość, że sporo osób będzie zawiedzionych. Na szczęście to były tylko jej domysły. Przymknęła powieki i skinęła parę razy głową. To całe opowiadanie o tym wszystkim było nowym doświadczeniem - ale najczęściej odnajdywała w tym coś przyjemnego. Naprawdę czuła się czasem, jakby zakochała się na nowo. Gdy temat jednak zszedł na Lenę, Hamilton wbiła spojrzenie w kubek. Uśmiech nieco zmalał, ale nadal był na twarzy. Pokręciła głową, zdecydowana. Nie było widać po niej zawahania nawet.
- Nie chcę. Nie wiem, czemu rzuciła tę klatwę. Jak dla mnie jest niezrównoważona psychicznie. Od tamtej pory faktycznie jej unikam. A nie chcę tego zgłaszać, ponieważ - i zdaję sobie sprawę, że to może źle zabrzmieć, ale mam nadzieję, że choć trochę mnie zrozumiesz - Nevan przy tym był. Nie chcę, by miał nieprzyjemności przez tę psychopatkę. Było, minęło. - upiła kolejnych kilka łyków kakaa z kubka, już prawie dokańczając swój kubek.
Na jeden temat bała się trochę podjąć rozmowy. Ale ciekawość była chyba silniejsza, aniżeli jakieś ciemne myśli. Rhinna poprawiła się na swetrze, siadając nieco wygodniej i podniosła głowę w górę. Wbiła spojrzenie niebieskich tęczówek w niebo i wzięła głębszy wdech.
- Osób, które korzystają z czarnej magii, czy tych którzy... odczuwają rzucanie klątw na własnej skórze? - zastanawiało ją to. Wiedziała, że jej psychika wołała o pomstę do nieba. Codzienne traktowanie jej Cruciatusem było tak naprawdę poniżej jej godności i sama Rhinna nie wiedziała, jak jest w stanie normalnie funkcjonować w tym momencie.
Give light

and people will find the way.
ODPOWIEDZ

Wróć do „Retrospekcje”