Strona 1 z 2

Fenrir Greyback w Zakazanym Lesie - obława w czasie majowej pełni 23

: 08 maja 2023, 12:14
autor: Architekt Hogwartu
obława w czasie pełni
majowa pełnia - w jej czasie pojawia się fenrir greyback z zamiarem zemsty na henry'm baizenie pod postacią ataku na jego syna, richarda - zaangażowani w kolejności odpisów: elektra fyodorova (jako elka i npc ojciec z ekipą łowców), flora wilson, suzanne castellani, richard baizen, lydia murphy, conrad sharp, npc - ihor pod postacią milesa, rhinna hamilton, MG - postanowienia końcowe

Re: Fenrir Greyback w Zakazanym Lesie - obława w czasie majowej pełni 23

: 08 maja 2023, 12:14
autor: Architekt Hogwartu
Ilekroć niewidzialny łańcuch zaciskał się na szyi Fenrira Greybacka, jego złość rosła. Nie dość, że kilka ostatnich akcji spełzło na niczym to jeszcze pieprzony Henry Baizen kolejny raz szedł im po piętach na irlandzkich terenach. Usłyszawszy o złapaniu jego faworyty Sabine, najnowszej wilkołaczo-magicznej kobiety w jego gronie, przez kundla na posługach Ministerstwa Magii (jak to słodko zwykł nazywać wilkołaki, które pracują z czarodziejami), wpadł w furię, jakiej nie widziano w nim dawno. Był bestią z krwi i kości, ale jego Szmalcownicy coraz częściej wychodzili z planowanych akcji na pozycji przegranej. Wrzucenie jego osobistej kochanki do Azkabanu przechyliło szalę i choć był daleki od używania swoich umiejętności strategicznych, w głowie zrodził się mu plan idealny. Sabine musiała mieć kogoś bliżej siebie, a on, zmęczony ciągłymi porażkami, doszedł do wniosku, że może siłowo spróbować jej pomóc. Atak na dementorów byłby jednak zbyt banalny. Musiał pierw zranić nie dość, że tego pierdolonego psa, Baizena, to jeszcze stosownie zakończyć swoje osobiste show. Z zerową gracją, uderzeniem pięści przebił się przez blat grubego stołu, spoglądając po swoich pobratymcach.
- Pieprzone szlamy, pieprzony Baizen i jego kurewska grupa! DAJCIE MI GO W WORKU ALBO SAM WAS ROZERWĘ NA STRZĘPY, A TRUCHŁA WRZUCĘ DO TAMIZY! - Jego wściekłość widziana była w wielkich, niebieskich oczach, a ostre kły szczerzone w krzywym wyrazie wbiły się mu w wargę. Przesunął w powietrzu różdżką, celując nią w każdego, kto stał przy nim. Musieli działać, bo zaskoczenie było na ten moment ich jedyną przewagą. Warkotem zadecydował o ataku na samego Henry'ego Baizena, wskazując kilku mocniejszych wilkołaków, które będą do tego oddelegowane. Sytuacja wśród mugoli była wszak perfekcyjna - koronacja. Trzeba było tylko kilka konkretnych magicznych osób odciągnąć od zamieszania, które miało niedługo pojawić się wokół Hogwartu. Część jego trupy została wysłana tam, gdzie pracownik Ministerstwa stacjonował, w okolicę szkoły Beauxbatons, kolejnych kilka osób oddelegowano do zrobienia zamieszania na Pokątnej. Nalot na jeden z lokalnych sklepów z magicznymi artefaktami brzmiał, jak perfekcyjny sposób na odciągnięcie aurorów od miejsca docelowego, gdzie mieli skrzywdzić Henry'ego Baizena tak, jak tylko można było najmocniej. Prosto w jego pieprzonego synka, ucznia Hogwartu, Richarda. Jeszcze lepszym pomysłem byłoby oczywiście porwanie go i przekabacenie na swoją stronę, ale chłopak był zbyt dojrzały na takie manewry. Chyba że magią... A nuż kiedyś do tego wrócą. Greyback zadecydował o kolejności wydarzeń tak, żeby zrobić wystarczająco dużo zamieszania, aby jego kilkunastu sługusów, w lwiej części wilkołaczy pomiot, deportowało się na Pokątną, podczas gdy on i kolejna horda dzikusów... Pojawiła się w Hogsmeade, późną nocą, gdy zachmurzone niebo kryło księżyc w pełni. Wszyscy wyszkoleni w tym by ich przemiany dało się nieco odsunąć w czasie, ale wiedzący o jednej wytycznej. Znaleźć Richarda Baizena. I zabić go.
Gdy tylko biały złośliwiec wyszedł na pierwszy plan, zaczęły się przemiany a cały Zakazany Las wzburzył się rosnącym tembrem warkotu. Ptaki wzbiły się w powietrze i zaczęły ukrywać się w górnych warstwach najwyższych drzew. Centaury zaopiekowały się jednorożcami, wyprowadzając je daleko, a jednocześnie dając dość wprawnie znać hogwarckiej kadrze o tym, co się dzieje i kto mógł się pojawić w okolicy. Nie wiedzieli, że to konkretnie "ten poszukiwany" wilkołak, ale ilość popłochu i strachu wśród zwierząt zdradzała, że nie chodzi o jedną czy dwie dzikie istoty. Ich było naście, a uczniów, którzy oddalili się od zamku czy to w celu swojej przemiany czy dla ochrony lub kontroli okolicy... Cóż, nie miał kto ostrzec o potwornie szybko zbliżającym się zagrożeniu.
Pierwszy atak bezpośrednio uderzył w młodego Baizena, zwalając go z nóg i sprawiając, że uderzył głową w jedno z większych drzew. Otumaniony, był banalnym celem dla reszty wilkołaczej ferajny. Gdy jednak kolejne osoby pojawiały się naprzeciwko szlamowników, ci zaczynali mniej pewnie się skradać. Stracili element zaskoczenia, gdy Fyodorov wyszedł z jednej ze stron ze swoimi ludźmi, a z drugiej Ministerstwo Magii pod postacią pieprzonych aurorów, a w szczególności tej kobiety, którą chciał także dopaść Greyback - Murphy, która pachniała Sharpem na odległość. Stosownym rykiem Fenrir wydał rozkaz ataku na nią, bronienia się przed ekipą rosyjskiego łowcy, a w międzyczasie sam ruszył na Baizena. Sokoła, który nagle się do niego przypałętał dość szybko odrzucił od siebie, choć krwawiące mu oczy sprawiły, że nieco mniej precyzyjnie napierał na syna swojej ministerialnej nemezis.
To była jatka. Choć większość atakujących była pod postacią bestialskich wilkołaków, nie znających kultury osobistej czy jakichkolwiek zasad pojedynkowania się, miało tu jednak wszystko jakiś mniejszy lub większy sens. Kilka elementów wymknęło się za szybko spod kontroli Greybacka. Nie przewidział, że Hogwart to obecnie schronisko dla pieprzonych psów i poza Richardem, będzie tam jeszcze Flora Wilson, jako wilkołak. Że Fyodorov zachce zrobić obławę na samego Fenrira i wraz z swoją narwaną córeczką wybierze sobie akurat tę samą pełnię. Że Biuro Aurorów postanowi wpleść się dodatkowo swoimi działaniami w hogwarckie lokalizacje, bo Conrad Sharp miał w szkole siostrę, a przy okazji Lydia Murphy jest pojebanym dobermanem czarodziejów i zachce sobie zrobić vendettę w tym samym czasie. Wszystko poszło nie tak, jak sobie Fenrir wymarzył. Ale jednocześnie tak idealnie, bo znów był w centrum chaosu i destrukcji, jakie robiły wilkołaki wokoło. Próba dotarcia do aurorki, pościg za Wilsonówną, w chwilę potem pojawienie się samego Conrada Sharpa, wściekłego jak osa i miotającego agresywnie zaklęciami w kilku dezerterujących wilkołaków. Piękne szaleństwo. Sam szef szmalcowników złapał jednego z wycofujących się kompanów, rozszarpując mu szyję i gryząc w szale nagłej kanibalistycznej potrzeby jego plecy w chwilę potem. Baizenowi wróciły siły na na tyle, by móc czołgać się w nagle odmienionej postaci. Mógł jedynie kątem oka zauważyć, że i Castellani, odmieniona po ataku Fenrira z postaci sokoła, leży nieopodal nieprzytomna pod drzewem. Próbował się do niej z pewnością dostać, ale w środku katorżniczej walki było to niemalże z góry zdane na łaskę wszelkich zaklęć i ataków ciągle napierających potworów. Greyback wszedł w szranki z Murphy, chcąc się pozbyć chociaż tej kobiety, ale gdy i ona i Sharp i jeszcze Fyodorovowie zajęli się niszczeniem jego protekcyjnych zaklęć, cóż, był silny magicznie, ale nie aż tak. Jako jedyny był pół-człowiekiem pół-wilkołakiem, wiecznie spędzającym czas w swojej zwierzęcej postaci i teraz, pozbawiony pięknym rozbrojeniem różdżki, zaczął się uginać pod intensywnymi klątwami. Kilkanaście minut później śmiał się w niebogłosy rechotliwie, a wszelkim w miarę przytomnym pojawiła się na skórze gęsia skórka. Powód był dość prosty...

- To dopiero początek, głupcy! Krwią szlam i współpracujących z wami psów zaleje się ziemia angielska! ZOBACZYCIE! TO POCZĄTEK REWOLUCJI!

Nikt nie spodziewał się tego, że Greyback był jedynie cieniem nadchodzących wydarzeń. Żyjący w pokoju i zadowoleniu magiczni zapomnieli o widmie czarnoksiężnika, który kiedyś chciał zawładnąć światem i zniszczyć go w takiej formie, jaką wszyscy znali. Przecież Voldemort był martwy! O co mogło chodzić pieprzonemu Fenrirowi, którego piejącego z zachwytu w krwawym uśmiechu zabrali aurorowie prosto do lochów Ministerstwa? Czy to znaczyło, że świat przestał być bezpieczny? Że nad nami rodziło się widmo... Wojny? Szare chmury spowiły okolicę, gdy Fyodrovowie próbowali pomóc nieznacznie poszkodowanym. Chwała centaurom za to, że dały znać magicznym w zamku, których przecież tak nie lubili, o tym, co działo się w Zakazanym Lesie. Grupka profesorów, pod wodzą ciemnoskórej czarownicy od historii magii i wyniosłego profesora zaklęć, wprawnie pojawiła się na miejscu, gdy tylko największe zagrożenie zniknęło. Zajęli się tymi, którzy polegli na miejscu i nie mieli sił na dalsze działania. Baizen i Castellani musieli zostać deportowani do Świętego Munga, Wilson z kolei wylądowała w Skrzydle Szpitalnym, gdzie zabrano też dwa centaury (mimo że bardzo nie chcieli). Paręnaście zwierząt zostało poturbowanych, a ich ciała przeniesione były pilnie pod oko młodej magizoolożki od opieki nad magicznymi zwierzętami. Trzeba się było wszystkim zająć. I ludźmi. I stworzeniami magicznymi. Fyodorova miała być także zabrana do Skrzydła Szpitalnego, ale pozostawiono to decyzji jej ojca. Wszak i dla jego ekipy znalazłaby się możliwość odpoczynku w zamku. Tam było bezpiecznie i mogliby się przegrupować.


Tego wieczora cały zamek był na nogach. Uczniowie nie wiedzieli, co się dokładnie dzieje, a większość z nich szybko starała się pisać do rodziców, czy znają detale tego zamieszania. O poranku, przy śniadaniu, wszystkim zostały podane informacje o ataku, ofiarach i tym, co miało zajście w nocy. Dyrektor Sprout stała się zagrzać ducha nadziei zebranych, ale widać było, że jest poważnie zaniepokojona tym, że ten konkretny wilkołak pojawił się na terenach przy zamku. Zapowiedziała dokładne zbadanie okoliczności i tego, co się stało, ale przede wszystkim - wprowadziła ABSOLUTNY ZAKAZ POJAWIANIA SIĘ W ZAKAZANYM LESIE DO KOŃCA MAJA - to miejsce musiało być przeszukane dokładnie. Tym bardziej, że zniknęła też jedna uczennica i nikt nie wiedział, gdzie mogła się teraz znajdować. Uczniowie zostali poproszeni o nie powielanie niepotrzebnych plotek


Złość to niemiły kompan, jeśli chodzi o planowanie swoich działań. W szczególności, jeśli są one chaotyczne, nieprecyzyjne, a przy okazji kompletnie niepotwierdzone przez dowódcę, który właśnie został przejęty. Ihor Hradievny rzucił rozwścieczonym spojrzeniem po okolicznej sytuacji, gdy Greyback zniknął mu z pola widzenia. Tego nie było obgadywanego na spotkaniu, a przecież pieprzony Fenrir będzie wściekły, jeśli nie będzie więcej ofiar. Z drugiej strony... Może przyda się ktoś, na kogo można będzie wymienić szefa? Szlag. Musiał zadziałać i to szybko. Widział moment, w którym absolutnie przerażona Rhinna Hamilton próbuje uciekać, chcąc uciec od wszelkich zaklęć i biegnących w jej kierunku, odmieniających się intensywnie wilkołaków. Ona w popłochu zmieniła się w niewielkie zwierzę i postanowił to wykorzystać. Złapał fretkę silnym chwytem częściowo zmienionej ręki i łamiąc kilka subtelnych kosteczek, z impetem wepchnął sobie zwierzęce ciałko w niewielką torbę z resztkami eliksiru tojadowego. Zamknął ją magicznie i oddalił się, nim zauważono, że ma ze sobą uczennicę z Hogwartu. Gdzie ją zabrał? Tylko on wie.

Re: Fenrir Greyback w Zakazanym Lesie - obława w czasie majowej pełni 23

: 09 maja 2023, 10:44
autor: Elektra Fyodorova
Spektakl w trzech aktach. Krwawych aktach...
I
Siedziała w swojej ukrytej komnacie Salazara gdzieś w podwalinach szkoły patrząc na rozłożone na drewnianym masywnym stole strzały oblepione różnymi substancjami. W dłoni dzierżyła skrawek papieru z wyrysowanymi runami, które były używanym od lat szyfrem Fyodorovów. Ubrana była w wygodny strój bojowy, który używała często podczas treningów w Durmstrangu, ciemny, ciasno przylegający z wieloma kieszeniami w których miała poukrywane fiolki wypełnione przeróżnymi eliksirami, które były niezbędne w dzisiejszej misji. Jej pierwszej misji. Włosy miała spięte w ciasny warkocz, związany w koszyk gdzieś przy karku, tak by żaden kosmyk nie wydostał się z tej misternie ułożonej fryzury, musiało być wygodnie i bezpiecznie. Koło jej ucha syczał wielki żółty wąż, który nie miał jednego oka i krótko musnął swoim długim językiem jej policzek. Już tu sssaąąąąą - wysyczał wąż do jej ucha dając jej znać, że to właśnie ten czas, wybiła ta godzina gdzie miała odbyć się jej ostateczna próba wcielająca ją w grono łowców dowodzonych przez jej ojca. Obława na którą szykowali się cały miesiąc a może i nawet dłużej miała się właśnie rozpocząć...
Z głośnym westchnięciem, które echem odbiło się o wilgotnych ścian wężowej komnaty wstała z miejsca pod nosem mrucząc plan, który przesłał jej szyfrem ojciec. Spojrzała jeszcze po swoim wężu i krótko skinęła do niego głową. Wzięła swój łuk, strzały schowała w kołczan, który zawisł na jej plecach, różdżkę trzymała mocno w zimnej dłoni i podeszła w stronę obrazu Salazara Slytherina. Wyszeptała kilka słów w swoim wężowym języku by obraz odsunął się na lewą stronę ukazując tajne przejście prowadzące prosto na błonia zamku. Przed wyjściem na zewnątrz zarzuciła jeszcze czarny kaptur na głowę a usta i nos zakryła równie czarnym materiałem, rozpoznać można ją było tylko po błękitnych, jasnych tęczówkach, które były niezmienne. Jedną z fiolek wychyliła do swojego gardła, a był to eliksir kociego wzroku by lepiej widzieć w mrocznych czeluściach zakazanego lasu.
Słońce już chyliło się ku zachodowi, noc wkraczała na salony chcąc przejąć panowanie nad niebem rozświetlając swym srebrnym księżycowym pełnym blaskiem. Temperatura była przyjemna, wprost idealna na nocne eskapady z łukiem na plecach. Elektra biegła w stronę zakazanego lasu w jednej ręce trzymając różdżkę a w drugiej magiczny kompas, która wskazywała lokalizację tylko jej, ktokolwiek by przejął to magiczne urządzenie zgubiłby się wpadając wprost pod kopyta centaurów. Dostała go wraz z listem, który obwieszczał co dzisiaj ma się stać.
Biegła cały czas przed siebie mijając co rusz jakieś martwe konary zżerane przez korniki a las stawał się coraz bardziej ciemny i mroczny, słychać było coraz głośniejsze odgłosy jego mieszkańców. Była blisko. W końcu kompas zwariował, jego wskazówki zaczęły kręcić się dookoła i Elektra nagle stanęła gdzieś opierając swe plecy o pień drzewa. Rozejrzała się szybko po okolicy szukając jakiejś wskazówki co dalej i dopiero po chwili gdy jej oddech już się uspokoił po tym biegu, przypomniała sobie hasło z listu od ojca.
- Ta krągła dama w ogniu białym... - rzekła w mowie węży a syczące echo poniosło się między ciemnymi drzewami.... cisza... jednak nagle słuchać było, że za nią coś sie poruszyło, obróciła się po prędce i zobaczyła zakapturzoną jedną postać, ktora zeskoczyła z drzewa, potem koło niej kolejna i kolejna aż w końcu dookoła blondynki zebrało się dobrych kilkanaście osób wszystkie dzierżyły w ręku różdżki albo magicznie zmodyfikowane bronie tak jak topór, łuk itd...Jedna z zakapturzonych postaci ruszyła w jej stronę
...Księżycem wśród śmiertelnych zwana - odpowiedział równie sycząc i stając tuż przed nią wlepiając w nią swoje granatowe zmęczone oczy. -córko, już czas- dodał odsłaniając swą twarz, którą szpeciły liczne blizny zadane przez wielu wilkołaków z którymi walczył, każda była swego rodzaju pamiątką po starciach i jednocześnie symbolem triumfu nad nimi, bo mimo, że te usilnie próbowały go zabić on zawsze znalazł sposób by wygrać. Antanazy Fyodorov chciał krótko przedstawić swój plan złapania kilu wilkołaków którzy mogliby stawiać potencjalne zagrożenie uczniom jednak w oddali były słychać już pierwsze dzikie warknięcia charakterystyczne dla istot podczas pełni księżyca. Zgodnie z planem Elektra miała patrolować wraz z innymi łucznikami teren z koron drzew i nie wychylać się za bardzo jednak coś jej cały czas nie pasowało, cały czas czuła dziwne przeczucie, że nie powinna tu być, że to może za wcześnie na ostateczną próbę... coś wisiało w powietrzu, coś co miało odmienić jej dotychczasowe życie.
II
Z oddali usłyszała nagle głośne warknięcie, później kolejne... ptaki ukryte pod koronami drzew wbijały się w powietrze usilnie uciekając przed zbliżającym się zagrożeniem. Warknięcia zbliżały się i nie były już tylko pojedyncze... Elektra swoim wyczulonym słuchem siedząc na gałęzi i trzymając łuk w gotowości próbowała zliczyć i rozróżnić ilość głosów jednak było ich zbyt wiele... może nawet więcej niż tuzin. Zło czaiło się za rogiem i czekało tylko na odpowiedni moment...
Nagle w oddali rozległ się błękitny blask i pisk zwierzęcia, później czerwony blask i krzyk ludzki. Fyodorova nieco bardziej zdenerwowana naciągnęła strzałę kierując swe bystre oko w kierunku odgłosów, które skrywały się gdzieś jeszcze pośród leśnego gąszczu. Widząc w oddali zbliżającą się na czterech kończynach ciemną postać nie czekała na rozkaz tylko wypuściła ze swej cięciwy strzałę, która w połowie drogi do celu rozżarzyła swój grot żywym ogniem i gładko weszła w ciało rozszalałego wilkołaka, który o mało co nie zaatakował jednego z łowców, który właśnie zeskoczył z sąsiadującego nią drzewa. Strzała, która ugodziła wilkołaka nagle wybuchła rozrywając jego ramie i powalając go skutecznie. Jeden z głowy . Jednak ten wilkołak, to był tylko początek tego co się właśnie rozgrywać miało. Zaraz zza krzewów zaczęły wyskakiwać kolejne wilkołaki, które zaczęły atakować siebie wzajemnie?! Co jest kurwa?! Właśnie rozpoczynało się starcie ekipy Greybacka z wilkołakami z Hogwartu, a Fyodrova nie była tak na pierwszy rzut oka rozpoznać, który jest który zwłaszcza, że pałała nienawiścią do każdego.
- Drętwota - poleciało jedno zaklęcie w kierunku dwóch wilkołaków, jednego rudego, drugiego czarnego, trafiając chyba w tego drugiego. Światło zaklęcia rozświetliło nały obszar pod nią i tam też skierowała swój wzrok. ELKA! - krzyknął z rosyjskim akcentem łowca, któremu tętnice właśnie rozrywał jeden z wilkołaków i znów strzała blondynki wylądowała w ciele sierściucha jednak było już za późno, łowca wykrwawiał się w zastraszającym tempie. Fyodorova nie wiedziała już gdzie ma patrzeć, co ma zrobić. Z jednej strony kilku wilkołaków szamotało się ze sobą, z drugiej zaś łowcy walczyli z innymi a dookoła latały tylko światła zaklęć offensywnych i defensywnych. Jej oddech przyspieszył, czuła, że zaraz wpadnie w panikę zwłaszcza, że w oddali słyszała krzyki swojego ojca. "MURPHY, NIE MIAŁO WAS TU BYĆ!", "GREYBACK POLUJE NA SYNA HENREGO", "MOJA CÓRKA..." I tu już nie usłyszała co dalej bo jedno z zaklęć trafiło w drzewo na którym stała i z impetem spadła z niego wprost na grzbiet rudego wilkołaka. Szybko jednak z niego się sturlała lądując na stopach na ściółce. Uniosła swój wzrok spoglądając przed siebie widząc wilkołaka, który stał przed nią. Fyodorova bez zastanowienia wyciągnęła pierwszą lepszą strzałę nasączoną zieloną połyskującą mazią i wymierzyła w stronę przeciwnika naciągając mocno cięciwę. Jej błękitne oczy teraz przymrużone wpatrywały się w wielkie ślepia, które na nią patrzyły, widziała te wielkie kły i ostre pazury, które spokojnie mogłyby ją powalić i zabić toteż musiała być pierwsza. Nie mogła umrzeć na pierwszej misji... Już miała puścić cięciwę jednak w jej głowie nagle pojawiło się wspomnienie obrazka, który otrzymała jej Flora... dziewczyna, blondynka z łukiem stała naprzeciw rudego wilka... w umaszczeniu identycznego co ten, który stał tuż przed nią. Źrenice dziewczyny nagle rozszerzyły się, bo zaczęło do niej dochodzić coś co nigdy nie miało prawa się wydarzyć. TO NIE BYŁO MOŻLIWE, TO NIE BYŁA ONA! Fyodorova zamarła w bezruchu wpatrując się cały czas w szare ślepa bestii. Czuła, że krew jej odpływała i miała ochotę teraz uciec tak jak uciekła z biblioteki. Jednak nie mogła... nie była w stanie.
- Floo... - zaczęła jednak z boku dopadł ją inny wilkołak, który rzucił się na nią z pazurami. Puchonka nie myśląc zbyt wiele wypuściła gotową strzałę godząc dotkliwie Rudego wilkołaka a sama padła na ziemię pod naporem tego drugiego, większego, czując jak ostre szpony przedzierają się przez ubranie rozrywając bladą skórę Fyodorovej na plecach i udach. Krzyknęła w bólu, który teraz przeszywał ją po skroś i czuła, że zaraz nastąpi koniec, wilkołak wyrwie jej tętnicę z szyi a ona zginie...
III
Jednak jej męki nie zostały skrócone jak tego oczekiwać by mogła. W jej stronę ruszyło kilku łowców, którzy powalili wilkołaka rozszarpującego jej skórę. Zielona smuga z różdżki starszego Fyodorova dosięgnęła bestie, który padł martwy obok blondynki. Avada Kedavra była zawsze skuteczna...
Elektra ostatkami sił uniosła swą głowę chcąc sprawdzić gdzie podział się ten rudy... jednak wzrok miała rozmazany i widziała tylko plamy. Słyszała jeszcze tylko krzyki swojego ojca, które nieco przytłumione odbijały się echem w jej czaszce mieszając się z pulsującym bólem. ZABIERZCIE JĄ STĄD! GREYBACK ZŁAPANY! Elektra czuła tylko ból i zimno a przed oczami miała cały czas obraz tych szarych oczu i rudej grzywy. Otworzyła jeszcze usta, by cokolwiek powiedzieć ale odpłynęła...
Dwóch łowców zabrało Fyodorovą pod ramiona i przeteleportowali się z nią na skraj zakazanego lasu, tam dostała odpowiednie eliksiry, które powoli zaczęły leczyć jej rany na placach, jednak nie obejdzie się bez ogromnych blizn ciągnących się po całej szerokości od barków w dół przez łopatki gdzieś na talii kończąc. Jeden z łowców został z blondynką a drugi pognał w kierunku zamku chcąc poinformować kadrę by jak najszybciej przygotowali skrzydło szpitalne oraz powiadomili Mung o ofiarach.
Obława dobiegła końca. Greyback został złapany. Jednak czy to był koniec?

Re: Fenrir Greyback w Zakazanym Lesie - obława w czasie majowej pełni 23

: 09 maja 2023, 12:29
autor: Flora Wilson
Nie ma co się oszukiwać że Flora nigdy nie miała doskonałych instynktów, niezależnie o czym mowa. Jako łowca w swoim życiu zdołała złapać tylko wiewiórki, jeże albo drobne ptaszki. Jako przyjaciółka zbyt bała się ludzi żeby w ogóle próbować, a w miłości wybrała sobie ostatnią osobę jaką powinna. Kiedy Elektra Fyodorova przygotowywała się do obławy, krukonka leżała z rozmarzoną miną na swoim łóżku wspominając ich niedawne spotkanie i niejasną, ale równocześnie wiele obiecującą deklarację jaka padła z ust blondynki. Czekała cierpliwie na nadejście odpowiedniej godziny na wymknięcie się z dormitorium, torba z rzeczami na zmianę jak zwykle przygotowana, w międzyczasie po prostu oddała się wspomnieniom odgrywając klatka po klatce każdą najmniejszą zmianę w mimice dziewczyny, jej oczy i gesty, czując jak przyjemne ciepło rozchodzi się po jej ciele wypełniając ją samymi dobrymi uczuciami. Nie miała najmniejszego przeczucia jak bardzo ta relacja zmieni się w ciągu najbliższych godzin.
Niedługo później szła w kierunku drzew na skraju Zakazanego Lasu lekko podskakując co któryś krok, kręcąc się w miejscu i nawet względnie mało fałszywie nucąc pod nosem:
I would never fall in love again until I found her
I said, "I would never fall unless it's you I fall into"
I was lost within the darkness, but then I found her...

Wilsonówna była w swoim świecie wypełnionym kolorami, miłymi uczuciami, niemal w ogóle nie martwiąc się nadchodzącym bólem. To wszystko było nieważne, chciała po prostu jak najszybciej znaleźć się po drugiej stronie pełni by móc znowu zobaczyć puchonkę. Napotkawszy w lesie Richarda posłała mu szeroki uśmiech i pomachała do lecącego nad jego głową sokoła, wskazując palcem na Suzanne pokręciła głową do krukona i bezgłośnie powiedziała: GADUŁA Z CIEBIE. Ale nie była zła, miała na to zbyt doskonały humor. Anthony nie miał prawa wpaść w kłopoty zamknięty w lochu, a oni w końcu mogli sobie spokojnie przejść pełnię bez żadnych niepotrzebnych stresów. Nic nie mogło zepsuć jej tej nocy. No prawie nic.

Już w wilczej postaci ruda spokojnie spacerowała sobie po lesie, co jakiś czas zerkając na księżyc w pełni prześwitujący przez korony wiekowych drzew i powstrzymując wewnętrzną potrzebę tarzania się w trawie, świadoma że to nie jest pomysł tej ludzkiej części jej osobowości. W głowie przeprowadzała rozmowy z Fyodorovą co raz to zmieniając scenariusz i to co powie, wszak byłaby to ich pierwsza rozmowa od kiedy przyznały przed sobą nawzajem że mają do siebie jakieś uczucia poza pociągiem fizycznym. Gdzieś niedaleko Richard wlazł w jakiś suchy krzak co rozpoznała po trzaskach gałęzi i cichych powarkiwaniach, najwyraźniej też nie miał tego dnia zbyt wielu trosk na głowie. Mimo że normalnie nie była specjalnie spostrzegawcza, właśnie dzięki skupieniu się na lokalizacji swojego wilczego kumpla wyłapała w ogóle że coś jest nie tak. Najpierw dotarł do niej dźwięk licznych kroków, ciężkich kroków które mogły wydawać tylko łapy, później zapach ludzi, metalu i skóry zupełnie ją konfundując. Woń pełna agresji i wściekłości pochodząca od atakujących wilkołaków dotarła do niej niemal równocześnie z momentem w którym starli się z łowcami.
Jest jedna rzecz której Flora Wilson była zawsze pewna na swój temat, a mianowicie wiedziała że nie jest odważna i w życiu nie mogłaby brać udziału w walce. Gdyby ktoś ją zaatakował broniłaby się, ale nic poza tym, miała w sobie mniej agresji niż pufek pigmejski. Może i tak było, może miała zamiar uciec, na pewno powinna była uciec. Ale wilkołaki ewidentnie szły po Baizena, a choć nigdy tego nie ustalili, gdzieś w jej głowie już dawno zakodowało się że ta menda jest częścią jej i Anthony'ego małego stada, może nawet jego przywódcą, tak samo z racji doświadczenia jak i faktu używania mózgu nieco częściej niż bliźniaki Wilson. Zupełnie nieznana jej część natury sprawiła że sprawnymi susami znalazła się przy najbliższym przeciwniku niezbyt sprawnie odrzucając go od łowcy któremu właśnie planował odgryźć nogę. Drętwota przeleciała jej nad głową i trafiła we właśnie odrzuconego przeciwnika, zignorowałaby ją gdyby nie usłyszała tak dobrze znanego jej imienia. Imienia które od jakiegoś czasu szeptała w chwilach uniesień i mamrotała przez sen. Imienia którego nie spodziewała się usłyszeć w tym miejscu, w tym otoczeniu i na pewno nie od łowcy cholernych wilkołaków. Z poślizgiem zatrzymała się w tumanie kurzu i zlokalizowała miejsce z którego leciały strzały. No tak, strzały. Serce pominęło jedno uderzenie kiedy zauważyła chuderlawego wilkołaka podejmującego próbę wspięcia się na drzewo na którym była JEJ DZIEWCZYNA i już nie potrzebowała więcej powodów by pozwolić swojej wilczej naturze przejąć prowadzenie. Widząc wszystko jakby niemal działo się obok niej, podbiegła do przeciwnika i z impetem uderzyła go ze swojej twardej wilczej czaszki z satysfakcją przyjmując dźwięk łamanych kości. Ale on wciąż żył i wciąż stanowił zagrożenie, toteż bez zastanowienia chwyciła zębami jego gardło i rozerwała je jakby robiła to już tysiąc razy. A jej ludzka część mogła to tylko obserwować, wybierając ochronę Fyodorovej ponad jedną ze swoich podstawowych wartości jako uzdrowicielki. Zabiła właśnie człowieka. Wilkołaka, ale też człowieka.
Nie było jej dane tkwić w tym szoku zbyt długo, bo szkody jakie zdążył poczynić martwy już przeciwnik sprawiły że gałąź załamała się pod puchonką i ta wylądowała na miękkich plecach Flory, wyciskając z niej powietrze. Zdołała tylko odzyskać powietrze w płucach podczas gdy Elektra, zupełnie nieświadoma że jej życie zostało właśnie ocalone, naciągała już strzałę by postrzelić Wilsonównę, która niewiele myśląc przybrała uległą pozycję chcąc przekazać blondynce że nie stanowi zagrożenia. Szare oczy wilkołaka wpatrywały się intensywnie w błękitne tęczówki łowczyni, pokryte rudym futrem uszy położyła płasko przy głowie i przez ten jeden moment wydawały się zamrożone w czasie. Krukonka obserwowała ostrożnie jak zrozumienie pojawia się na twarzy Fyodorovej, miała zamiar właśnie wykonać mały krok do przodu w jej kierunku słysząc jak ta wymawia jej imię gdy wcześniej zajęty walką z kimś innym zmienił cel i rzucił się na rozproszoną właśnie puchonkę. Ruda rzuciła się do obrony i będąc w pół skoku dostała strzałą prosto w podbrzusze. Odrzuciło ją w bok, gdzie na dodatek dostała jeszcze zbłąkaną drętwotą i odleciała w ciemność, nawet nie wiedząc co stało się z Elektrą.

Re: Fenrir Greyback w Zakazanym Lesie - obława w czasie majowej pełni 23

: 09 maja 2023, 18:39
autor: Suzanne Castellani
Castellani stała za jednym filarem w lochach przystępując z nogi na nogę w oczekiwaniu na Krukona. Nie spóźniał się, to ona była za wcześnie... Miała na sobie wygodne legginsy i jego bluzę na sobie, bo była najcieplejsza i zakrywała jej tyłek. Przez ramię zwisała jej torba w której ukryte miała przygotowywane wcześniej fiolki wiggenowego, nie wiedziała ile ich potrzeba ale wolała mieć więcej niż mniej. Włosy zaplotła w dwa warkocze których pędzelki opadły na jej ramiona. Ta pełnia miała być spokojna, zwłaszcza, że Anthony został zmuszony do siedzenia w lochach a Lauren miała go pilnować, chociaż przynajmniej jeden problem mieli z głowy. Szkoda tylko, że akurat ten byłby pikusiem w porównaniu z tym co miała przynieść dzisiejsza noc. Kiedy tylko Krukon zjawił się na korytarzu Suzanne pokazała mu zapas fiolek.
- Sporo nam tego wyszło, starczy na kilka pełni - powiedziała z uśmiechem chcąc mu dodać otuchy, ten czas tuż przed pełnią był najgorszy, Richard wyglądał jakby się nażarł jakichś roślinek od Persheusa a Suzka nie mogła pomóc mu inaczej jak go wspierać słownie i duchowo. Noce były coraz krótsze i cieplejsze ale Suzanne jeszcze nie radziła sobie z całonocnymi eskapadami toteż wiedziała, że skończy swój lot wcześniej i wróci do dormitorium a tam sprawdzi przy pomocy bransoletki gdzie jest jej chłopak. Taki był plan. Gdy tylko przeszli przez błonia zatrzymali się przy drzewie na skraju lasu gdzie ukryta zostanie część fiolek z eliksirem i też tam miała nastąpić przemiana Suzanne w pierzastą postać. Ślizgonka stanęła przed nim i jedną dłonią chwyciła delikatnie jego policzek wspinając się szybko na palcach.
- Wróć cały do mnie - powiedziała szeptem i pocałowała go czule. Nie wiedziała, że być może był to ich ostatni pocałunek... Gdy się od siebie oderwali dziewczyna odeszła na dwa kroki i przemieniła się w sokoła, który wbił się szybko w powietrze i zaczął krążyć nad chłopakiem gdy ten szedł na spotkanie z Wilsonówną.
Suzanne latała kilkanaście metrów nad dwójką wilkołaków obserwując z góry zakazany las i coś od samego początku już jej się nie podobało. Większość zwierząt naziemnych zniknęła a znajome ptaki opuściły swoje gniazda. Las wyglądał dziwnie opustoszały a to zawsze znak, że działo się coś niedobrego. Próbowała znaleźć jakiegoś ptaka podobnego sobie by się dowiedzieć co jest grane jednak pobliskie wróble, które mijała świergotały jak nakręcone "UCIEKAJ, UCIEKAJ, ON NADCHODZI, UCIEKAJ". Suzie usiadła na jednej wysokiej gałęzi zastanawiając się o kogo chodzi i w tym samym czasie usłyszała z oddali głosy kilkunastu wilkołaków, które w niebezpiecznym tempie zbliżały się w stronę Richarda i Flory. Sokół czym prędzej pikował w ich stronę i zaczął się drzeć przeraźliwie jednak nie wiedziała czy oni cokolwiek z jej ptasiej mowy zrozumieją, czy w ogóle wyłapią o co jej chodzi. Kilka razy przeleciała przed ich wilkołaczymi postaciami agresywnie by zwrócili na nią uwagę jednak było już za późno. Greyback i jego świta byli zbyt blisko by uciec. Jeden z wilkołaków dopadł Richarda powalając go w oka mgnieniu przez co Suzanne spanikowana wzbiła się w powietrze w wyższe partie drzew z przerażeniem wydając głośne sokole odgłosy.
Nawet nie wiedziała kiedy oprócz wilkołaków nagle pojawili się łowcy a zaraz po nich aurorzy. Niebo rozświetliło się już nie blaskiem księżyca tylko błyskiem zaklęć wydobywających się z różdżek czarodziei. Wilkołaki padali jak muchy, niestety część ludzi też poległa jednak Suzanne skupiona była na dwóch wilkołakach, na których jej najbardziej zależało. Widząc jak Fenrir ruszył na Richarda, Castellani nie zastanawiała się zbyt długo i lotem nurkowym z bardzo dużą prędkością ruszyła na wilkołaka szponami wbijając się w twarz przeciwnika chcąc mu wydrapać oczy jednak tamten był silniejszy i wgryzając się w jej skrzydło odrzucił ją przez co grzbietem odbiła się od konaru drzewa lądując na ziemi. Ostatkiem sił dziewczyna przemieniła się w swoją ludzką postać krzycząc w przeraźliwym bólu. Spojrzała z przerażeniem na swoje lewe ramię i mięsień oderwany od kości, który zwisał jej na ścięgnach. Nie wiedziała już gdzie jest Richard, czy żyje, widziała i czuła tylko swoje ramię a raczej resztki, które z niego pozostawały. Łzy napływały jej do oczu i czuła w ustach metaliczny posmak krwi.
- Tato... przepraszam...- wyłkała tylko ostatkiem sił i straciła przytomność...

Re: Fenrir Greyback w Zakazanym Lesie - obława w czasie majowej pełni 23

: 09 maja 2023, 20:56
autor: Richard Baizen
Punkt I. Przygotowanie było najważniejszym elementem działania. Ilekroć zbliżała się pełnia, był coraz to bardziej rozjuszony. W duchu powtarzał sobie, że tej konkretnej nocy są w stu procentach przygotowani. Nic ich nie zaskoczy. Ba, przecież nawet zapasy eliksiru wiggenowego zrobili takie, że mogliby obdarować nimi połowę VI roku na zaliczenie z eliksirów podstawowych. Jak mantra mamrotał w myślach, że Anthony jest bezpieczny, a oni nie mają się czym martwić. Jednocześnie zakładał na siebie luźne dresy, tak bardzo styrane ostatnimi przemianami. Przez moment przymknął powieki i nakrył oczy dłonią, starając się wyciszyć. Zdenerwowanie nie pomagało, ale co on poradzi, że niemalże pół roku co pełnię ich spotkania kończyły się takim czy innym fiaskiem. Bał się. Obiecał już tylu osobom, że się zajmie innymi podczas nocnych eskapad. Naprawdę chciał, pragnął tych przyrzeczeń dotrzymać. To jednak sprawiało, że choć na co dzień wydawał się w miarę normalny, po godzinach dość ciężko rozważał swoje przemyślenia. Było mu ciężko. Można by powiedzieć, że przecież każdy z jego kolegów, koleżanek, wszyscy są na tyle duzi, żeby odpowiadać za siebie. A jednak jemu było ciężko przełknąć ślinę, gdy widział przemykającego korytarzami Wilsona, nieco nieobecną myślami Lauren, jakby osamotnioną Suzanne... Flora też mu wydawała się taka, jak zwykle. On nie wiedział, skąd się wzięło w nim nagle zapotrzebowanie na kontrolowanie wszystkiego wokoło. Każdej najmniejszej zmiany. Efekt był jednak jednoznaczny. Baizen brał na siebie za dużo i był zmęczony. Może dlatego pozwolił sobie dzień wcześniej na spotęgowanie wszelkich swoich niedogodności życia w towarzystwie przyjaciela, Persheusa, w zaciszu dormitorium. Teraz kręcił głową, szybko rzucając wzrokiem po tym, co miał przy sobie. Nigdy dużo rzeczy nie brał, co mogło być dziwne, ale wystarczał mu on sam, dres i różdżka, którą ewentualnie później mógł użyć. I eliksir wiggenowy, ale ten w ilości hurtowej chwilowo miała jego luba Ślizgonka. Ruszył do niej, uznając, że nie ma sensu odkładać czegoś, co nieuniknione.
- Nawet nie wiesz, jak się cieszę, że jest tego aż tyle. Coraz bardziej niedostępne są w okolicznych sklepach. - Stwierdził lekko nostalgicznym tonem, zabierając od niej torbę. Wszak nie pozwoliłby aby ona ciągle targała taki ciężar. Skierowali się w znanym już obojgu kierunku. Richard wciągnął głęboko rześkie powietrze w płuca. Niebo było zachmurzone, ale pewnie jeszcze kilkanaście minut i biały delikwent pojawi się na tyle istotnie by wzbudzić gromko odzywającego się pod jego skórą Krukona wilka. Gardłowo pomrukując, sondował ślepiami metry powierzchni przed nimi. Skupiony, nie chciał być w żaden sposób zaskoczony, a choć coś gdzieś w tyle głowy mu mówiło by się pięć razy upewnić jeszcze, że jest okej, ostatecznie zaufał ogólnemu dobremu nastrojowi i wywiadowi, jaki wcześniej zrobili wspólnie. Przygotowali się, do jasnej cholery! Nie mógł wątpić w ich wspólne umiejętności. Kilka godzin i wrócą do zamku, weseli, rozluźnieni i gotowi na błogi sen. Teraz jednak, widząc z daleka uśmiechniętą Florę, nieco się rozpogodził. Szybko spojrzał na Suzanne, a porwawszy w krótkim objęciu jej policzki, uśmiechnął się do niej ciepło, mamrocząc.
- Nie ma innej opcji, Suzie. - Pocałował ją, a następnie ruszył nieco żywszym krokiem w stronę Wilsonówny. Ruda była zadowolona, jak nigdy i nie omieszkał jej to wytknąć w rozbawieniu, unosząc brwi. - A Ty się chyba zakochałaś, co? - Bo tak właśnie wyglądała. Pachniała wręcz nutą zawadiackiego uniesienia, mieszanką pozytywnych emocji. Nie dało się tego nie wyczuć. Nie czekał jednak na jej odpowiedź, a broń Roveno spowiedź. Dotknął jednego z drzew o szorstkiej korze, zamykając oczy, a gdy tylko księżyc łaskawie się pojawił, zaczął się przemieniać. Podobno do bólu można się przyzwyczaić, ale do tego, jak dużo mocy i poczucia wielkości dodawało bycie wilkołakiem... Tym zachłysnąć się można było za każdym razem. Richard pod postacią wielkiego basiora koloru gorzkiej czekolady z jasną, niemalże przypominającą kolor jego włosów pręgą, idącą od boku pyska do jego oka i prawego ucha, potrząsnął futrem żywo i zawył głęboko. Przeciągle dał znać mieszkańcom Zakazanego Lasu, że są tutaj i nie stanowią zagrożenia, jeśli nie będą im przeszkadzać. Tutaj miało miejsce pierwsze zaskoczenie. Nic ani nikt mu nie odpowiedział. To jednak przecież nie mogło powstrzymać ich od choć krótkiej przebieżki. Pierw truchtem, potem szybciej, przemykając między drzewami, jakby nie mieli żadnych innych przeciwników przeciwko sobie. Oj, jak oni się mylili.

Punkt II. Przetrwanie to jedyne, co się ostatecznie liczyło. Tak przynajmniej powinien działać każdy instynkt samozachowawczy. A co, jeśli masz w pieczy nie tylko swoje istnienie? Jeśli uważasz się za kogoś, kto nie może okazać słabości, a już na pewno nie poddać się bez walki. Gdy Richard poczuł nagłe uderzenie, ból w boku ciała i po chwili pustą niemoc, opadając od drzewa, w które tak pieruńsko przywalił, że odcięło mu kompletnie moc... Czuł się, jak lalka. Jak jakaś śmieszna podróbka wilkołaczej mocy, w którą przecież tak zawsze wierzył. Ba, którą mu ojciec, matka i wiele innych wilkołaczych istnień w watasze próbowało wbić do głowy, jako ostateczną siłę. Cokolwiek by się nie działo, to źródło bezkresnej wściekłości mogło zawsze pomóc im wyjść z opresji bezpiecznie. Tak to miało wyglądać! Zalała go mieszanka bólu i niedowierzania w to, co właśnie nieporadnym wzrokiem próbował ogarnąć. Bijące się sylwetki, dziesiątki zaklęć w powietrzu, uderzenia broni, charkot, warkot, zachłystanie się własną krwią. Nie zauważył, że to właśnie on wydawał z siebie te ostatnie dźwięki. Zerknąwszy w dół, w końcu dojrzał kilka kropel czerwonej substancji. Rozmyte kształty mieszały się mu w głowie, ale pisk ptaka był tak przeraźliwy, że ściągnął niepewne spojrzenie młodego basiora. Kim on był przy tych wielkich stworach? Poczuł się, jak szczenię, które nie ma umiejętności przetrwania. Tak, jak ten sokół, odrzucony żywo przed wielką bestię o niby wilkołaczej, a jednak częściowo ludzkiej postaci. Baizen nie wiedział, że truchło, które odrzucił to jego ukochane czarne pędzelki. Miał się dowiedzieć o tym po chwili, bo gdy tylko dziewczyna zawyła z bólu, wyprowadzona z równowagi animagicznej, on nieco bardziej oprzytomniał. Podniósł łeb i kwiląc cicho, niczym poważnie zranione zwierzę, pełne bólu, nieporadności, spojrzał w stronę ciała Suzanne. Jak jego ten widok, choć nadal zamazany, dotknął to jest to absolutnie nie do pojęcia. Podniósł się, kumulując w sobie taką ilość wściekłości, jaką tylko umiał. Musiał zmobilizować się do ruszenia do niej. Do znalezienia potem Flory. Do pieprzonej ucieczki z nimi, nie bez nich. Raptownie jednak, nim młodzieńczy wilkołak opamiętał swoje obolałe wilcze ciało, Fenrir z pełną siłą dopadł do niego i zaczął uderzać. Krukon nie wiedział już gdzie dostaje, od kogo, czy to w ogóle ktoś, kogo znał. Czuł łamiące się pod dzikimi pięściami i pazurami żebra, cięcia skóry, jakich nie miał nigdy na sobie w takiej ilości i tak intensywnie zadawanych. Miejsca, których wcześniej nikt nie uraził, teraz kipiały krwią, rozrywane na szczątkowe tkanki. Niczym wybebeszone prosię, skądś nadeszła jakaś forma pomocy, ale czy on w ogóle ogarniał, że ból nie był dalej zadawany? Stał na czterech łapach, podnosząc się z ziemi po raz kolejny. Z ogonem dalekim od podkulenia, ale i nieruchomym od kolejnego złamania, z jednym uchem klapniętym wyraźnie, sierścią polepioną od krwi, zrobił dwa, może cztery kroki... Nim kogoś zwłoki nie spowodowały wywrotki i kolejnego uderzenia głowy. Tym razem Richard stracił kompletnie przytomność, a dźwięki, jakie do niego docierały nie mówiły mu kompletnie nic.

Punkt III. Przegrana potrafi łamać ducha. Richard zawsze myślał, że jest niepokonany. Jak się okazało, mylił się. Z kretesem. Istna kakofonia umysłowa trwała dla niego latami, podbita wrażeniem fizycznej bezsilności. W rzeczywistości minęło kilkanaście kolejnych, długich minut. Tyle wrzasków, tyle ryku i krzyków! Ułomne błaganie, jakie wydawał do siebie gdzieś w głowie by się wszyscy zamknęli było niczym z tym, jak bolesna była teraz też przemiana odwrotna. Wrócić w ciało człowieka, mając tyle urazów... Potworne. Nie wiedział, że krzyczał w trakcie. Że wił się w brudnych od krwi liściach. Richard nie rozumiał nadal, co w ogóle miało miejsce i dlaczego dalej ktoś się bije. Czemu wszędzie są światła zielone, czerwone, niebieskie, złote. Czemu ktoś drze się o tym, że pieprzone Ministerstwo Magii powinno zniknąć z powierzchni ziemi? Po co komu zaklęcia pętające? Gdzie właściwie oni... Oni się... Gdzie? Suzanne? Jego niebieskie oczy nadal błyszczały w ciemnościach, co chwilę rozjaśniane zaklęciami. Miał krwawe wylewy w białkach, twarz spuchniętą, ciało niemogące go utrzymać na nogach. Pełzł bezradnie do jasnej plamy, którą wcześniej pamiętał, że tam, tam gdzieś leżała ona, jego Suzka, którą obiecał przecież chronić, a przez niego ona teraz... Roveno, słodka Roveno, a jeśli ona...
Krukon płakał w sposób, jakiego nie pamiętał. Nie przypominał sobie sytuacji, w której miałby takie łzy wypuszczać spod rzęs. Teraz, próbując dociągnąć się do ciała dziewczyny, czuł ból w każdej komórce. Widział ją z daleka. Ciemne włosy, zakrwawione ciało. Coś na niej leżało i prędko starał się do niej doczłapać, żeby ją przytulić, nakryć, zapewnić że będzie okej, a też ukoić siebie. Ona nie mogła przecież... Nie, nie, nie darowałby sobie tego! Blondyn nie rozglądał się nawet. Ignorując absolut masakry wokoło, pociągał się w jej stronę, a gdy tylko był na tyle blisko, by cokolwiek powiedzieć, rozchylił lekko usta. Zamiast słów wytchnął kolejny krzyk, bezgłośny, gdy jego palce zostały przyszpilone czyjąś kończyną, wbije boleśnie w ziemię. Sekundę później dostał drętwotą, pewnie przypadkowo zbaczającą z kursu, bo niewymierzoną w niego. Obróciło go momentalnie i wykrzywiło nienaturalnie, a wraz z ostatnią łzą, jaka spływała po jego policzku, spojrzał w stronę Suzanne.

W końcu ciało postanowiło ratować ostatki tego, co można było nazwać Richardem Baizenem. Wyłączając mu świadomość. Zemdlał, a powieki dały mu błogą ciemność.

Re: Fenrir Greyback w Zakazanym Lesie - obława w czasie majowej pełni 23

: 09 maja 2023, 23:59
autor: Lydia Murphy
Nawet najlepszy plan, chociażby stworzony z dbałością o najdrobniejsze szczegóły i z piętnastoma planami zapasowymi, może trafić szlag. Ot tak, nagle cały ten misterny plan w pizdu. I dokładnie tak było ze wspaniale rozbudowanym pomysłem Murphy, który jakiś czas temu przedstawiła Conradowi i którego pojedyncze punkty prowadzali w życie. Jak na razie jedyne co z tego kobieta miała to gwizdy na korytarzu Biura Aurorów, ale powtarzała sobie niczym mantrę, że jest tego warty. Sharp? Greyback? Ciężko stwierdzić, ta aurorka miała nieco spaprane pojmowanie priorytetów, pewnie dlatego na hasło "Greyback w Zakazanym Lesie" wysłała jedynie patronusa w postaci niedźwiedzia brunatnego do swojego mężczyzny i biegiem opuściła budynek Ministerstwa Magii, by deportować się w okolice Hogwartu. Plan był doskonały, owszem, ale Greybacka nikt o tym nie uprzedził. W jej głowie, niezależnie od tego co ustalili, plan kończył się w momencie w którym zaatakował szkołę pełną niewinnych uczniów. Conrad na pewno miał to samo zdanie zważywszy na to że jego siostra była w zamku. Gotowa na konsekwencje swojej niesubordynacji Murphy nawet nie poświęciła chwili na przemyślenia czy może nie powinna poczekać aż zorganizują jakiś zespół, całe biuro wiedziało że brytana nie dało się tak łatwo powstrzymać. Gdy tak biegła w kierunku dźwięków walki, kierując się niedokładnymi wskazówkami z otrzymanego ostrzeżenia nie słyszała nawet czy poza nią jakiekolwiek inny auror teleportował się tak samo bez rozkazu, nie wiedziała czy była pierwsza czy jedyna. Ostatecznie, okazało się że patrol aurorów i łowcy byli już na miejscu, choć raz swoją obecnością przynosząc jej ulgę.

Nie zatrzymując się nawet na sekundę włączyła się do walki sprawnie unikając ataków wielkich łap i miotając różnokolorowymi promieniami z różdżki na wszystkie strony, choć Avada nie padła z niej ani razu. Miała jednakże cel i żaden z pomniejszych sługusów Greybacka nie mógł jej zatrzymać. Prawie każdy kolejny metr który zbliżała się ku przywódcy tego ataku okupiony był przez jego wilkołaki krwią, złamanymi kończynami lub utratą przytomności. Jak doskonała tancerka klucząc między walczącymi wspomagała łowców i aurorów, czujnym wzrokiem szukając tylko jednej osoby. Znalazła wynaturzonego sadystę zajętego masakrowaniem innego wilkołaka i zanim się zorientowała, czerwień tylko skradająca się w jej polu widzenia, ta furia karząca jej łamać kości i podcinać ścięgna atakujących wilków, teraz zupełnie przejęła władzę nad jej ciałem. Zaklęcia sypały się z niej jakby nie miała żadnych limitów. Odrzuciła wpół zmienionego mężczyznę ze smutnej kupki kości która niegdyś była Richardem Baizenem i pyrgnęła nim o najbliższe drzewo, by z gorzką rezygnacją odkryć że wcale tak łatwo tego nie przeprowadzi. Nie trwało długo nim odległość między nimi zmalała, a Murphy musiała korzystać ze stu procent swoich umiejętności walki zarówno magicznej jak i mugolskiej, oszczędzając nogę, którą Greyback w którymś momencie zdołał głęboko zadrapać. Widziała po jego twarzy że choć przyszedł tu po coś innego, zamierza odejść po jej trupie, nawet potwierdził to nazywając ją "martwą dziwką Sharpa". Ciężko nie było jej tego traktować jako komeplementu. W jakiś sposób część jej planu działała, skutecznie odwracając uwagę i utrzymując go na miejscu, mimo że jego teoretyczny cel, czyli młody Baizen wydawał się ledwo dychać otoczony aktualnie przez łowców i aurorów. Miała teraz jedną misję, musiała po prostu przetrwać wystarczająco długo by pokonać tego skurwiela i albo go wykończyć, albo spętać i wrzucić do Azkabanu. W głowie miała długą listę osób które straciły życie z jego powodu, nawet na sekundę nie tracąc paliwa napędzającego jej nienawiść do tej... istoty. Każde rzucone przez nią zaklęcie czy posłany cios było w imię kogoś i tylko dzięki temu silniejsze. Dzięki swojej niepowstrzymanej furii spowodowanej tymi niepotrzebnymi śmierciami nie zauważyła że ten przeciwnik powinien być dla niej za silny, za duży, zbyt niebezpieczny. Skupiona na walce nie zareagowała kiedy kolejni aurorzy dotarli jako wsparcie, nie drgnęła jej nawet powieka gdy usłyszała głos Conrada. Jedyne co się dla niej liczyło to to żeby zranić, spowolnić i spętać Greybacka. Odpłaciła się pięknym za nadobne wybijając mu bark i dorzucając porządną klątwę tnącą, ale wciąż nie miała wystarczającej przewagi. Czuła wręcz że zaczyna brakować jej siły i prędkości by nadążyć, ranne udo szarpało bólem a jej zaklęcia wydawały się niedostatecznie skuteczne. Zobaczyła jak Sharp usiłuje się wtrącić między wódkę a zakąskę prosto w łapy tego świra, nie rozumiała czemu miałby robić coś tak głupiego dopóki jej nie odepchnął, sam ładując się pod zaklęcie i pazury częściowo przemienionego wilkołaka. Nie mając czasu na dyskusje dotyczące idiotyzmu i bezsensownego narażania życia, Lydia po prostu dołączyła do niego we dwójkę stanowiąc wystarczająco silny zestaw by już wkrótce ogłuszony i spętany przeciwnik leżał na wydeptanej ziemi, a aurorzy ramię w ramię z łowcami czyścili las z resztek jego załogi.

Nie czekając na ciąg dalszy odesłali czwórkę aurorów ze schwytanym Greybackiem i zajęli się rannymi, na tyle na ile mogli stabilizując ich stan. Choć nie było to łatwe, szybko przeszli dalej od aurorów i łowców sklasyfikowanych jako zmarli by zająć się tymi najciężej rannymi, w tym dwójką uczniów. W idealnej harmonii wykrzykiwali rozkazy rozsyłając kolejnych aurorów z magicznymi noszami w kierunku granicy pola antydeportacyjnego i innych do szkoły. Dopiero gdy rany pozostałych na polu walki osób były jedynie powierzchowne miała czas żeby przyjrzeć się ciemnowłosemu i zauważyć wykwitłą na jego piersi ogromną szkarłatną plamę oraz dziesiątki drobniejszych rozsypane po całym ciele. Adrenalina powoli opuszczała ich ciała, zaczynali odczuwać utratę krwi i wyczerpanie związane z rzucaniem takiej ilości zaklęć. Patrzyła jak Conrad wykonuje kilka kroków w jej stronę i potyka się sam dopiero zauważając swoje uszkodzenia. Pewny siebie, wręcz chełpliwy uśmiech i żart który miała właśnie rzucić w jego kierunku zamarł jej na ustach, zamiast tego po prostu złapała ciało odpływającego ze świadomości mężczyzny, choć sama nie miała ani energii ani pełnej władzy w uszkodzonej nodze. Zużyła każdą najmniejszą kroplę swojej wiedzy uzdrowicielskiej i magii by zatrzymać krwawienie największych ran. Nieświadoma spływających jej po brudnych od krwi, potu i kurzu policzkach łez, bezradnie usiłowała wyczarować magiczne nosze by przetransportować wahającego się na granicy świadomości Sharpa do szpitala. Nie miała już nawet magii w sobie by tego dokonać, musiała więc polegać na innym aurorze, który w wyniku jednego morderczego spojrzenia nawet nie śmiał skomentować jej dłoni zaciśniętej na ręce rannego aurora i po prostu zabrał ich do Munga.

Re: Fenrir Greyback w Zakazanym Lesie - obława w czasie majowej pełni 23

: 10 maja 2023, 20:24
autor: Conrad Sharp
Gdyby mogli wybrać sobie datę na akcję, którą planowali, byłby to najwcześniej... Koniec maja. Ot żeby dokładnie zakorzenić w pieprzonym Fenrirze chęć pogoni za panią auror. Skusić go na kobietę, pseudo-słaby punkt ministerskiej grupy wywiadowczej. Ponadto Sharp miałby wtedy dokładnie tyle czasu, ile sobie wstępnie założył, na zaplanowanie skrzętne działania, gdziekolwiek by ono nie miało ostatecznie się wydarzyć. Wywiad, standardowe drogi ucieczki, stereotypowa obserwacja lokalizacji, zapewnienie lusterek przyszłościowych i weryfikacja z wróżami planów wilkołaka. I nastawienie. Wszystko miało swoje miejsce i czas. A tu, jak na złość, nagle szlag trafił jakiekolwiek zbieranie przewagi nad Greybackiem. Czarodziej pokroju Conrada byli wstanie przewidzieć działania przeciwników z obrzydliwą wręcz dokładnością. Ba, nawet Henry Baizen był z nim w ścisłej komunikacji i choć wspomniał o znalezieniu kobiety Fenrira, naprawdę nie było możliwości odgadnięcia, że nagłe plany wilkołaczego zbira zmienią się tak drastycznie. Obranie na cel ucznia Hogwartu? Młodego szczeniaka, który kompletnie nie był mu potrzebny do działania? Można powiedzieć, że jednego nie przewidział Sharp ani nikt z ekipy aurorów. Jak bardzo chęć zemsty zawładnie tym konkretnym delikwentem. Jak bardzo ufiksuje się na tym, że chce bezpośrednio ukarać tego, który przyczynił się do znalezienia jego partnerki. Zazdrość, ból, niby takie przewidywalne. Ale jednak w numerologicznym rachunku prawdopodobieństwa była to sytuacja w gdzieś w połowie listy.
Pojawienie się znanego mu patronusa zwiastowało już tylko jedno. Jest beznadziejnie źle i natychmiast trzeba się zorientować, co się spieprzyło. Doświadczony, ale nadal młody auror był w o tyle trudnej sytuacji, że deportowanie się z miejsca, w którym się znajdował było po prostu niemożliwe. Dom rodziny Sharp, zabezpieczony niemalże tak dobrze, jak samo Ministerstwo, nie pozwalał na tę magię ani na podróże Fiuu. Pozostała mu albo miotła albo świstoklik na skraju terenu jego rodziców. Pognawszy w to miejsce na miotlarskim rumaku, szybko dotknął starej bramy, która momentalnie zabrała go w pobliże Ministerstwa Magii. Gdy już mógł się teleportować, pierw pojawił się w Kwaterze Głównej Aurorów, a słysząc, gdzie zaatakował Greyback, momentalnie zacisnął dłoń na różdżce, którą chował w kieszeni czarnej kurtki. Zmarszczywszy gniewnie brwi, rozdysponował kilkanaście osób, spytał o Lydię, a słysząc, że ta zniknęła pierwsza, nie mógł nie zacisnąć zębów. Przecież prosił, żeby nie wyskakiwała przed szereg. Z nietęgą miną, która zwiastowała jedynie skupienie na walce, deportował się w najbliższe okolice Zakazanego Lasu, zgodnie z nieco lepiej już ustalonymi koordynatami.

Biegnąc przez las z kilkoma aurorami w stronę jednoznacznych dźwięków, mówiących o walce, myślał o dwóch sprawach. Pierwsza, Lauren, jego siostra, która jeszcze parę tygodni wcześniej mówiła o byciu animagiem, nielegalnych przemianach, a przede wszystkim zdradzała swoje uczucia do jakiegoś pieprzonego ucznia-wilkołaka, Wilsona. Przysiągł sobie w duchu, że jeśli okaże się, że wszystkiemu winny jest niejaki Anthony, to zostanie z tego ciemnowłosego cymbała jedynie kudłaty dywan. Był skory dotkliwie go zranić, jeśli tylko włos z głowy spadł jemu siostrze. A gdyby okazało się, że zrobił coś jej Fenrir to zielona klątwa pierwszy raz prawdziwie trysnęłaby mocą Avady z dłoni Conrada. Druga sprawa? Oczywiście Lydia Murphy, która nie dość, że była jego czekoladą do pancake'ów porannych, dodatkiem mleka do czarnej kawy z ekspresu, powodem, przez który czytał mugolskie instrukcje w kwestii tostera i robienia tostów (i nie przypalania ich!), to jeszcze była jego podwładną i właśnie wymieniała zaklęcia oraz klątwy z typem, którego on nie chciał w ogóle blisko niej widzieć. Okej, plan mieli ustawiony, ale to co innego. Takie nagłe intensywne działanie, które wystawiało ją na niechybny atak nie wiadomo jakiej ilości osób? Zakrawało to o kolejnego bogina dla ciemnowłosego czarodzieja z jasnymi ślepiami. Zdecydowanie musiał się zaraz tam zjawić, a gdy tylko udało się to, cisnął bombardą w pierwszego wilkołaka, jaki się napatoczył. I nie przestawał przez kilka kolejnych minut, próbując jednocześnie w pełni zrozumieć, jak bardzo rozłożone są na ich korzyść lub nie wszystkie siły. Poznał szybko rosyjskiego kojota, którego charakterystyczny głos co trochę rozchodził się krzykiem, więc założył, że bijący się z dziką bandą wilkołaków to jego łowcy. Swoich ludzi doskonale rozpoznawał, ale to, że wilkołaki także były po ich stronie? Domyślny, postanowił bronić tych, których uznał za swoich - ot co. To musiało się zakończyć, jak najszybciej, bo dodała się w końcu w jego głowie i kwestia trzecia, do dwóch poprzednich. To atak na ucznia, na Hogwart, a atakującym jest Greyback i cholera, trzeba wykorzystać to, żeby skurwiela w końcu przyszpilić do ziemi. Pieprzyć metodykę, wpadł w rytm iście morderczy. Żadnych delikatnych zaklęć, odepchnięć, uniesień. Jedynie cięcia, eksplozje i rozczłonkowywanie przeciwników. Nie wiedział w pewnym momencie, ile już osób padło, ilu wilkołaków traciło życie, albo kto został zraniony. Liczyło się to, żeby zrobić unik, uderzyć silnie trzymanego atakującego i zaraz potem cisnąć w kolejnego rozrywającym zaklęciem, a trzymanego podpalić, niczym pochodnię. Brutalne? Ależ owszem, ale to był Conrad Sharp w kwiecie jego możliwości. Odbił się nagle od jednego z aurorów, chcąc go uchronić przed zieloną klątwą ostateczności, a gdyby nie ślizg na błocie, istnieje szansa, że właśnie padłby nieruchomo. Conrad nie lubił fuksów, ale gorzej by mu było z widokiem zapłakanych dzieci kolegi. Kilka ruchów było zbyt wolnych, kilka elementów nie wyszło mu tak, jak chciał, ale za żadne skarby Gringotta nie chciał, naprawdę, stosować niewybaczalnych i stronił od nich, jak nikt inny. To jednak nie oznaczało, ze kilku osób nie mógł poddać nagłej transmutacji w coś banalnego i zdeptać w trymiga, albo zaraz pięknym protego odbić niemożliwie silne klątwy w kogoś innego. Sharp czuł w środku, że udaje im się. Że pęka śmieszna bańka mydlana marzeń poszukiwanego zbiega. Że napierają na wilkołaki, których było coraz to mniej. Ba, widział, że kilku aurorów i paru łowców biegło za kimś, kto uciekał. Świetna ekipa, należały im się oklaski i ognista, zdecydowanie. O tym jednak nie mógł teraz myśleć, rozproszenie byłoby najgorszym, co mogło by się teraz stać. I stało się. Pod postacią Lydii, która odsuwała się, widocznie słabnąc na mocy. I może jedynie by ją wspomógł zaklęciami z dystansu, gdyby przeciwnika miała subtelniejszego, niż sam Fenrir. Czy ktoś pomyślałby dwa razy, nim rzuciłby się na ratunek ukochanej? Nie Conrad. Czy ktoś chciał bardziej go złapać, niż on? No może sama Murphy. Pieprzone morze krwi, zwłok, namokniętych liści i błota sprawiło, że nie wycyrklował susa tak, jak powinien. Ślizg, uderzenie pazurami w jego wolne od różdżki ramię i klatkę. Poczuł intensywny ból, ale ani nie zaklął, momentalnie odparowując agresję Greybacka własną. Bo był wściekły, jak nikt inny na to, że ich misterny plan szlag trafił, a teraz musieli się bronić w pieprzonym Hogwarcie! I narażać wszystkich w zamku, właśnie z jego siostrą, która wybrała sobie za chłopaka jakiegoś odrealnionego nastolatka z kompleksem wilkołako-boga. Dodajmy do tego jeszcze to, że Lydia słabła. Jeszcze by brakowało, żeby ją stracił tutaj. Krótkie uderzenie, spojrzał po sobie niepewnie i ignorując pewne elementy, znów wycelował w wilko-człowieka, chcąc go ostatecznie usidlić.

Rozeszli się, gdy tylko zabezpieczyli Greybacka i przygotowali go do magicznego transportu. Trzeba się było postarać, żeby po drodze nie udało się mu umknąć. Następnie ewaluacja zwłok, zajęcie się bardziej rannymi osobami, a ostatecznie tymi, którzy byli w stanie się poruszać. W duchu cieszył się, że ktoś przejął od niego rozmowę z profesorami, nagle wyłaniającymi się zza skraju Zakazanego Lasu, gotowi pomóc. Od jakiegoś czasu zakaz mieli aktywnie włączać się w walkę, więc mogli jedynie czekać. Przejęli dwie uczennice, a także kilku dorosłych, po czym oddalili się. Sharp westchnął, ciężko oddychając. Obrócił się, nasłuchując i rozglądając się za Lydią. Widząc jej twarz, umorusaną krwią i kurzem, uśmiechnął się półgębkiem. Ruszył do niej, a gdy pokonał go jeden z konarów i aż się musiał o niego oprzeć, spojrzał na siebie, dużą ranę szarpaną, zza której szkliły się czerwienią jego jelita. Przytrzymał ranę wolną dłonią, zerkając w górę na Lydię i jak gdyby nigdy nic, próbując zatuszować to, że nie jest z nim dobrze.
- Udało się nam, wariatko... - Sapnął, a strużka krwi zsunęła się z kącika jego ust. Tracąc równowagę i świadomość, nie dowiedział się już, że ma w plecach wbite dwie strzały. Pewnie kompletnie zbłąkane, bo wariat biegł do Murphy na ratunek. Jedna z nich przebiła mu płuco, a stąd pojawiły się trudności z oddychaniem. Czy uda się go dociągnąć do Munga, nim stanie się coś gorszego... Wszystko zostało w rękach Lydii.

Szlachetne zdrowie, nikt się nie dowie, jako smakujesz, aż się zepsujesz... Tam człowiek prawie, widzi na jawie. I sam to powie, że nic nad zdrowie. Ani lepszego, Ani droższego!

Re: Fenrir Greyback w Zakazanym Lesie - obława w czasie majowej pełni 23

: 10 maja 2023, 22:59
autor: Złoty Znicz

Ihor Hradievny

wilkołak, poplecznik Fenrira Greybacka

Gdy tylko jego ciało transmutowało w wilkołaczą postać, ruszył tuż przy boku Fenrira do ataku, oczywiście, że ktoś znów zdradził. Inaczej nie roiło by się tu od aurorów i pieprzonego Fyodorova, największego wrzoda na dupie. Z wściekłości zawył i ruszył wściekły wprost na jednego z łowców, który był zajęty próbą ataku na jednego z nich. Cóż, człowiek w starciu kilkusetkilową bestią miał niewiele do powiedzenia. Czuł jak pod jego ciężarem pękają kości, ale to był jeszcze nie koniec dobrej zabawy. Uwielbiał smak świeżej, soczystej krwi. Czaszka łowcy szybko poddała się naciskowi szczęki wilkołaka, niestety nie było mu dane nacieszyć się posiłkiem, gdyż przeciwników było zbyt wielu. Zostawił martwego łowcę z roztrzaskaną czaszką, a ruszył już na kolejnego, tym razem aurora. Próbował zaatakować Sharpa, ale niestety szybciej napatoczył się inny, od którego chwilę wcześniej Conrad się odbił. Rozpłatał ostrymi pazurami wątłe ciało maluśkiego człowieczka, niech wiedzą z kim mają do czynienia. Po gęstym futrze spływało coraz więcej ludzkiej krwi, dawno już tak dobrze się nie bawił. Aż szkoda było mu zostawiać tak smakowite kąski, jakimi było świeże, ludzkie mięso. Auror resztkami sił złapał się z rozpłatany brzuch próbując powtrzymać wytrzewienie jelit. Wyglądał jak mała bezbronna myszka, którą chwilę wcześniej dopadł kot. Ten drapieżnik też najpierw lubił zabawić się ofiarą, a dopiero później skonsumować. Niestety, ale miał misję, która się skomplikowała i to bardzo. Zawył wściekły w stronę księżyca, gdy tylko zauważył skrępowanego przywódcę, przestał myśleć logicznie, więc gdy tylko zauważył blondwłose dziewczę uciekające z pola bitwy, ruszył pędem za nią. Oj tym razem nie miał ochoty jej zjeść, czy zamordować. No dobra, miał. Ale w jego iście szaleńczym umyśle zawiązał się nowy plan, czy był on dobry, tego nie wie nikt. Gdy tylko uczennica się transmutowała w gryzonia, on chwycił ją, częściowo zmienioną w ludzką, ręką. Użył przy tym nieco zbyt dużo siły, ale to może i dobrze. Gdy całkowicie wrócił do człowieczej postaci, cisnął nieprzytomne zwierzę do torby i w mgnieniu oka aportował się w tylko sobie znane miejsce.

Re: Fenrir Greyback w Zakazanym Lesie - obława w czasie majowej pełni 23

: 10 maja 2023, 23:16
autor: Rhinna Hamilton
Rhinna dziarskim krokiem przemierzała korytarze tuż przed godziną policyjną. Szła właśnie pierwszym piętrem co chwila zgarniając zagubionych drugorocznych z różnych domów. Miała dziwne wrażenie, że wcale nie byli zgubieni, a urządzili sobie jakieś większe spotkanie i nie połapali się, że jest już tak późno. Mogła im odebrać punkty, ale miała dzisiaj zaskakująco dobry humor. Marzyła już tylko o tym, by skończyć obchód, iść do łazienki prefektów, mając nadzieję, że nikogo już tam nie spotka (a zwłaszcza tego kretyna Jarsena, z którym do tej pory się nie zdążyła policzyć!), odstresować się. Niech ten dzień się skończy, po prostu. Następnego dnia była umówiona z Nevanem. Mieli się spotkać, porozmawiać, a Rhinna chciała zacząć też temat ich tajemnicy. Skoro Leo i Elijah byli oficjalnie widziani jako para, to może istniała szansa, że i oni by mogli się ujawnić? Już trochę ze sobą byli... No i w końcu nie musiałaby odrabiać prac domowych Malfoya i robić dla niego innych rzeczy. Miała go serdecznie dość. Oczywiście zbyt zawstydzona ową sytuacją nie chciała nawet przyznawać się Fraserowi, że ktokolwiek o nich wie - i to nie była jej przyjaciółka ani brat. Przeklęty Abraxas! Ilekroć o nim pomyślała, zęby same się zaciskały. Ale, ale, to miał być bardzo miły i uprzejmy wieczór. Nic go nie mogło zniszczyć, bo myślami była już w umówionym miejscu następnego dnia. Nic bardziej mylnego. Przeganiając jakichś zakochanych w sobie Gryfonów z piątego roku (którym posłała szeroki uśmiech i kilka słów poganiających, by jednak zniknęli z korytarzy, bo odejmie im punkty) wylądowała na parterze, niedaleko wyjścia na błonie. Nauczona doświadczeniem - ostatnio pod bramą zebrała czwartoklasistę, który chyba chciał buszować po zamku nocą i czekał, aż przejdzie obchód), otworzyła drzwi od zamku i wyjrzała na zewnątrz. Przez chwilę lustrowała spojrzeniem najbliższy teren, starając się dojrzeć kogokolwiek. Wyprostowała się, odetchnęła i przymknęła powieki, chcąc wrócić do zamku i zakończyć obchód.

I tu zrobiła pierwszy, najważniejszy błąd tego wieczora.

Do jej uszu dobiegły jakieś krzyki. Oddalone. Momentalnie otworzyła powieki i odwróciła się w stronę, skąd coś usłyszała. Przez kilka sekund przyglądała się ciemności przed sobą, nie będąc pewną, czy aby na pewno zmysły nie płatają jej figla. Coś jej podpowiadało, żeby zamknęła te cholerne drzwi i wróciła do wieży. Jednak w momencie, gdy ujrzała jakiś ruch w ciemności tuż przed kolejnym krzykiem już wiedziała, że tego nie zrobi. Niech szlag trafi gryfońską odwagę! I głupotę! Ruszyła biegiem w stronę Zakazanego Lasu. Zresztą, widziała, że nie tylko ona - gdzieś w oddali również ktoś biegł w stronę Lasu. W trakcie biegu wsunęła dłoń do kieszeni, wyjmując różdżkę i zaciskając na niej zimne palce. Coś było bardzo nie w porządku i z każdym krokiem czuła ogarniający ją strach. I tu powinna również zastanowić się nad tym, co robi, ale chęć pomocy, sprawdzenia co się dzieje i wypełnienia obowiązków była silniejsza.

I to był drugi błąd.

Na początku miała tylko podbiec na sam kraniec lasu. Nie chciała tam wchodzić. Ale nawet się nie zatrzymała przy linii drzew, tylko wbiegła kilka metrów dalej. I zatrzymała się z impetem, otwierając szerzej oczy. Zaklęcia lataly w powietrzu, widziała wielkie wilki - wilkołaki rzucające się na siebie. Jedna wielka jatka. Razem z kilkoma innymi osobami nawet ośmieliła się rzucić parę zaklęć w te wielkie stwory, rzucające się dookoła, jednak to było dla niej zbyt wiele. Nie wiedziała, co się dzieje, kto jest dobry a kto zły - a gdy zielony błysk przemknął obok niej i wiatr delikatnie poruszył jej szatą, cofnęła się dwa kroki. W miejsce, w którym stała przed chwilą uderzył czerwony błysk. Rhinna krzyknęła. Czując, jak coraz szybciej bije jej serce, coraz ciężej jest jej złapać oddech i czując ciarki w okolicach serca, postanowiła wrócić do zamku. Nie chciała tutaj być. Nie chciała patrzeć na to wszystko, co się działo. Nie zamierzała zastanawiać się, czy rzuca zaklęcie w dobrą czy też złą osobę. To było dla niej za dużo. Jeśli wiedziałaby wcześniej, co się dzieje, nawet nie otworzyłaby tych cholernych drzwi od zamku... Nie zastanawiając się ani sekundy dłużej, odwróciła się na pięcie i w panice zaczęła biec - miała nadzieję, że w stronę zamku. Przez atak paniki, przerażenia, który ją owładnął nawet nie mogła zebrać myśli. W jej głowie pobrzmiewały tylko wrzaski, ryk wilkołaków i krzyki czarodziejów czy Godryk wie kogo. Nie potrafiła teraz trzeźwo myśleć. Gdy wyskoczyła z linii drzew w jej głowie pojawiła się tylko jedna myśl.

Muszę stąd uciec.

W tym samym momencie potknęła się i na moment wylądowała na kolanach, upuszczając różdżkę, czego jej przerażony umysł nie zarejestrował. Różdżka została w wyższej trawie, niedaleko wejścia do Zakazanego Lasu, a dziewczyna podniosła się z kolan i ruszyła przed siebie. Miała wrażenie, że nie tylko ona ucieka, że jeszcze inni biegną niedaleko niej, ale bała się rozejrzeć na boki. Zbyt głośno, zbyt niebezpiecznie. Marzyła tylko o dostaniu się do zamku. Wtem zakiełkował jej pomysł zmiany we fretkę. Przecież nikt nie dojrzy malutkiego zwierzątka, uciekającego z pola bitwy. Niewiele myśląc szybko przymknęła powieki i skupiła się na przemianie w małe, ruchliwe zwierzątko. Zdążyła pokonać kilka susów, jednak...

Jednak możliwe, że ta zmiana była kolejnym, ostatnim już dzisiejszej nocy błędem.

Po przebiegnięciu niecałego metra poczuła, jak czyjaś ręka ją mocno chwyta. Zaczęła wierzgać i piszczeć z przerażenia, po chwili czując, jak uścisk się zmniejsza a kilka z jej delikatnych żeberek w ciele fretki pęka. Zapiszczała jeszcze głośniej, coraz mocniej wierzgając i czuła łzy w oczach z bólu, ale nie dane jej było uciec. Poczuła jak na chwile odlatuje. Tych kilka sekund w zupełności wystarczyło. Gdy już udało jej się otworzyć oczy, Ihor akurat zamykał torbę. Następne, co zobaczyła, to dno torby. I ciemność. Nie wiedziała, co się dzieje. Nie zważając na rwący ból w tułowiu od złamanych żeber zaczęła wierzgać i drapać wnętrze torby, chcąc jak najszybciej się stąd wydostać. W tym momencie właśnie doszło do niej, że dzisiejszej nocy nie wróci do zamku. Pytanie tylko, czy w ogóle...