Strona 1 z 1
Re: Komnata Czterech Pór Roku
: 05 lis 2023, 1:48
autor: Antonija Vedran
Po każdej burzy wychodzi słońce, ale ta burza zdawała się nie mieć końca, a nawet nabierać na sile. Najlepszy (bo ostatni- przyp. red.) rok w Hogwarcie okazywał się być najgorszym, z każdym upływającym tygodniem. Każde kolejne wydanie Proroka jedynie potęgowało uczucie straty i paranoi, a każdy list od matki nie przynosił pozytywnych wieści. Starszy brat Antoniji, Noah, zaginął i nikt nie był w stanie go odnaleźć. Zaginięcie rudawego Vedrana było na tyle bolesne nie tylko dla ich rodziny, ale dla całej magicznej społeczności Chorwatów, bo oto zaginął syn ich Minister Magii. Szukali aurorzy w Chorwacji, w Londynie, a nawet w Berlinie. Matka szalała, nakładając na sprawę coraz więcej presji i nie zapominała o wypominaniu, że to wszystko ma charakter polityczny. Tonka jednak nie czuła w tym polityczności. Czuła jedynie niesprawiedliwość, albowiem miała świadomość, że jej brat, najukochańszy na świecie brat, był trochę zagubioną duszą na tym świecie. Był kochanym chłopakiem, który lubił eksperymentować z problemami, ale w głębi duszy był naprawdę dobrym człowiekiem. Był wręcz esencją dobroci i niekończącą się studnią optymizmu. Studnią, która aktualnie została zagrzebana.
Jak więc pozbierać się po tym wszystkim? Vedran nie znała jeszcze na to odpowiedzi. Iskierka nadziei tliła się gdzieś głęboko, ale każdy kolejny dzień bezowocnych poszukiwań Noaha coraz bardziej ją zagrzebywał i stawała twarzą w twarz z rzeczywistością i żałobą. Dlatego chodziła już na czarno, bo dla niej świat stracił już kolory. Nauka przychodziła jej z większą trudnością, ciężko jej było skupić się na jakichkolwiek zajęciach. Nie była nawet na bieżąco z plotkami, co jest absolutnie niedopuszczalnym zaniedbaniem w jej normalnym stanie. Owszem, dostała ostatnie Zwierciadło, ale nie miała nawet siły go przeczytać, więc nie miała pojęcia, po co jej plakat Rhinny Hamilton. Normalnie by się ucieszyła i powiesiła nad łóżkiem, bo patrzenie na ładne dziewczyny też wliczało się w pulę jej zainteresowań, ale niestety tym razem ponętna Gryfonka skończyła w kufrze. Kufrze, który był cały czas spakowany na wypadek, gdyby trzeba się było ewakuować na pogrzeb.
Wolny czas spędzała jednak z daleka od dormitorium. Było jedno miejsce w zamku, które pozwalało jej się poczuć jak w domu tj. w Lastovo, więc bez większych skrupułów korzystała z magii zamkniętej w Komnacie Czterech Pół Roku. Kładła się wtedy na środku podłogi, wyciągała różdżkę i jednym cichym:
- Aestateum - sprawiała, że znów leżała na plaży, a orzeźwiająca morska bryza muskała jej policzki wciąż udekorowane piegami. Na plaży wszystko wydawało się łatwiejsze.
Re: Komnata Czterech Pór Roku
: 05 lis 2023, 21:36
autor: Anthony Wilson
//około tydzień przed pełnią, po sowach.
Ostatnie tygodnie były dla Wilsona dość intensywne i jedyne o czym w tym momencie marzył, to przynajmniej na chwilę odpocząć od tych wszystkich emocjonalnych huśtawek, które notabene sam sobie serwował. Wszak minęły już dwa miesiące od kiedy zaczęła się szkoła, ale to nie w nauce tkwił problem- problem był w nim samym, a im bardziej zaczął to zauważać tym bardziej go to męczyło. A jak wszyscy wiemy, kiedy Anthony Wilson czuje, że pali mu się grunt pod nogami wtedy ucieka i chowa się tak aby nikt go nie znalazł. No cóż, nazwijmy to znakiem rozpoznawczym naszego farbowańca. Ale tym razem nie uciekł i chciał choć raz zrobić wszystko tak jak należy- zerwał więc z Lauren, co prawda nie powiedział jej podstawowej przyczyny zakończenia tego związku, ale to i tak było lepsze niż pozostawienie jej bez wyjaśnień, a oprócz tego naprawdę zabrał się za siebie. Unikał picia, o ćpaniu już nie wspominając i przez ten krótki czas zaczął nawet wierzyć, że i z niego może coś wyrosnąć. Jedynie sprawa z całowaniem Moniki spowodowała, że w jego życiu znów pojawiła się jakaś chora sinusoida emocjonalna od której starał się uciec w cokolwiek co nie powodowałoby kaca na dzień następny i o dziwo tym razem wybór padł na książki i próby poprawienia ocen. (Sick!)
Właśnie wracał z biblioteki, studiując po drodze pergamin zapełniony notatkami z transmutacji, kiedy tuż przed nim mignęła mu znajoma postać Antoniji, która w zamyśleniu nawet nie zwróciła na niego uwagi. Zazwyczaj omijał ją szerokim łukiem, obawiając się, że pewnego dnia złamie się totalnie i na kolanach będzie błagał by przy nim została, obiecując, że nigdy jej nie opuści, że będzie na teraz, na już, na zawsze. A tego nie chciał z wielu różnych powodów, ale przede wszystkim dlatego, ze nie miał zamiaru dalej mącić jej a głowie, bo wbrew pozorom była to jedyna z nielicznych osób na świecie której uczucia naprawdę szanował, a wiedział, że relacja z nim to tylko i wyłącznie kłopoty. Zwłaszcza, że już sam zaczął gubić się w tym co czuje, a czego nie.
Tym razem jednak postanowił iść za dziewczyna i kiedy ta zniknęła za drzwiami komnaty, Anthony wślizgnął się za nią i stanąwszy przy drzwiach przez chwilę wpatrywał się w Chorwatkę w całkowitym milczeniu. Była piękna, jak zawsze, jednak tym razem wyraźnie dało zauważyć się na jej twarzy jakiś smutek, coś innego, coś czego Wilson już dawno nie widział i szczerze powiedziawszy nie chciałby widzieć nigdy więcej.
Już nie miał zamiaru jej unikać, przynajmniej nie w obliczu tragedii jaka spotkała jej rodzinę. Wiedział co się wydarzyło i czuł potrzebę bycia jak najbliżej niej, bo dopiero po Sowie od dziewczyny przeczytał proroka w którym widniał cały artykuł na temat zaginięcia jej brata i domyślał się, że nie bez powodu chodzi przygnębiona. Zostawił więc notatki na podłodze i podszedł do Antoniji, kładąc się obok niej na zimnej posadzce. W jego głowie przewijało się milion słów którymi powinien zacząć tą rozmowę. Tęskniłem, a teraz chodź pocałuję cię tam gdzie kończysz i zaczynasz, pocałuję cię w czoło, rękę, w kolano, w dusze. Na dzień dobry i dobranoc. Na nigdy i zawsze. Chodź pocałuję cię w serce. Ale zamiast powiedzenia któregokolwiek z tych słów na głos, jedynie westchnął głęboko wbijając swój wzrok w sufit.
-Jak się trzymasz, Vedran?- spytał łagodnie, chociaż jego myśli podpowiadały mu zupełnie inne słowa niż te które przed chwilą wypowiedział. Minęło kilka długich sekund zanim Anthony odwrócił głowę w jej stronę i przemógł się by spojrzeć na jej twarz. - mówiłem ci, że nie musisz być teraz sama, rozumiesz? I zanim powiesz, że samotność to jedyne czego teraz potrzebujesz to po prostu pozwól mi przez chwilę z tobą poprzebywać, dobra? Jeśli nie chcesz możemy milczeć, chociaż w moim przypadku wydaje się to być niemożliwe. A i dziękuję za czekoladowe żaby, zjadłem je wszystkie.- Anthony nie miał pojęcia jakiego rodzaju bliskości dziewczyna w tym momencie potrzebuje, jednak przesunął swoją dłoń w jej kierunku i napotykając jej palce po prostu splótł je wraz ze swoimi, kciukiem gładząc wierzch jej dłoni.
Re: Komnata Czterech Pór Roku
: 10 lis 2023, 3:05
autor: Antonija Vedran
Minęła dłuższa chwila, zanim zorientowała się, że nie jest sama. Pogrążona w swoich myślach nie odnotowała nawet, że jest obserwowana. Zorientowała się, dopiero kiedy otworzyła oczy i obok zobaczyła jego twarz. Leżał na piasku obok niej i patrzył na nią tymi swoimi zielonymi tęczówkami wypełnionymi po brzegi współczuciem. A potem przeniósł wzrok na sufit, który dzięki iluzji był bezchmurnym niebem.
Chciała mu powiedzieć wszystko. Chciała powiedzieć, jak bardzo jest jej źle, jak bardzo się boi i jak bardzo niegotowa jest na zbliżającą się żałobę. Chciała go poprosić, żeby się nią zaopiekował, żeby nie pozwolił jej na żadne głupstwa i żeby utrzymał ją w ryzach, bo czuła już jak zaczyna rozpadać się na milion kawałków. Chciała, żeby był przy niej i przez chwilę poudawał, że jeszcze się nią interesuje, zanim odejdzie do Lauren czy którejkolwiek innej Ślizgonki, która aktualnie okupuje jego myśli. To zawsze były zniewalająco piękne i inteligentne Ślizgonki, które wpadały w sidła jego uroku, a Antonija była od początku świadoma, że nie ma z nimi szans w równej grze. Tony zawsze potrzebował galopować w poszukiwaniu szczęścia i emocji, których ona nie była w stanie mu zapewnić. Nie zmieniało to jednak faktu, że go kochała. Kompletnie niepotrzebnie oddała mu swoje serce, całkowicie grzebiąc z tym swoją godność. Nie była gotowa go jeszcze stracić, więc pielęgnowała tytuł ulubionej ex, jakby było się czym szczycić. Było już za późno na przyznanie się, że chciałaby być jego pierwszą i ostatnią myślą każdego dnia, że chciałaby mieć z nim wspólne plany i że boli ją każda niewypowiedziana na głos emocja.
Wpatrywała się w jego profil, starając się zapamiętać każdy detal jego twarzy, na wypadek, gdyby któregoś dnia kazali jej namalować go z pamięci. Z pewnością byłaby w stanie to zrobić bez większych pomyłek, bo on wciąż był w posiadaniu jej serca i tych nieszczęsnych pierwszych i ostatnich myśli każdego dnia. Nawet w takie dni jak te ostatnio.
Jak się trzymasz, Vedran?
Pozornie proste pytanie, na które teraz nie potrafiła udzielić odpowiedzi. Nie trzymała się wcale. Jej oczy wypełniły się łzami w zastraszająco szybkim tempie, a jedna z nich już płynęła po policzku, by zniknąć w gęstwinie ciemnych włosów.
- Nie trzymam się wcale, Tony - przyznała cicho i skrzywiła się nieco, na dźwięk swojego lekko ochrypłego głosu. Nie odzywała się do nikogo od jakichś trzech dni, bo nie miała światu nic do zaoferowania w sztuce konwersacji. Pisała za to nader dużo listów, w których siliła się na nonszalancję, nie chcąc bardziej martwić pozostałych członków rodziny. Próbowała być twarda, ale to nie było tak proste w jej obecnej sytuacji.
- Nie chcę być sama- wyszeptała, a kiedy dotknął jej dłoni, bez większego zastanowienia obróciła się tak, żeby wtulić się w niego całym swoim ciałem. Położyła mu policzek na klatce piersiowej i wsłuchiwała się w równomierne bicie jego serca, po raz pierwszy od dawna czując namiastkę bezpieczeństwa. Zamknęła oczy, żeby zatrzymać też potok łez, który źródło miał w jej smutnych orzechowych oczach.
- Nie ma już we mnie nadziei, że on żyje - dodała cicho na usprawiedliwienie swojego stanu. Wilson wiedział, jak ważne było dla niej jej rodzeństwo. Relacje z rodzicami określiłaby najłagodniej mianem skomplikowanych, ale z braćmi i siostrami trzymała się blisko. Na tyle blisko, żeby czuć się tak, jakby ktoś wyrwał jej kawałek duszy i zostawił tam wielką pustkę, która bolała, fizycznie bolała.