Carla pokiwała energicznie głową gdy zapytał czy ogarnia telewizor, chociaż ogarnia to było raczej mocne słowo. Widziała w swoim życiu kilka razy telewizor, to było bliżej prawdy. Gdy próbował zobrazować jej kino, uniosła lekko brwi ku górze i otworzyła buzię ze zdziwienia, próbując sobie to wyobrazić. Pomimo tego, że mieszkali w mugolskiej wiosce, ich sąsiedzi i przyjaciele rodziny byli czarodziejami, a państwo Stark trzymali swoją rodzinę raczej na uboczu, nie integrowali ich z mugolami. Rodzina Stark w Portmagee uchodziła za nieszkodliwych dziwaków samotników. Oczywistym był fakt, że nigdy nie zabrali dzieci do kina.
— Mugole mają same fajne rzeczy, a my? My tylko książki i zdjęcia, film tylko oglądamy w głowie — powiedziała, przy okazji demonstrując jeszcze, że mimo tego, że teoretycznie rozumiała koncept filmu, to w praktyce chyba jednak nie do końca potrafiła to sobie wyobrazić. Dobrze, że żyła w słodkiej nieświadomości i nie zdawala sobie sprawy z tego, jak bardzo musi być nieobeznana w oczach chłopaka. — Tak samo macie samochód... łódź podwodną... i jeszcze latanie w kosmos! Czarodzieje nie latają w kosmos — powiedziała zawiedziona, ale ostatecznie machnęła ręką. Może kiedyś czarodzieje wpadną na to, jak latać w kosmos albo zanurzać się w głębie oceanu.
— Archeolog i poszukiwacz przygód... Podoba mi się to. Chyba wiem, dlaczego tak bardzo go lubisz — odparła ze śmiechem, przypominając sobie swoją ekscytację kiedy odkrywali tajemnice irlandzkich ruin. Mimo wszystko irlandzkie ruiny to było niczym piaskownica dla poważnych archeologów, świat skrywał ciekawsze i bardziej niebezpieczne miejsca. — Rozumiem, że jak będziesz już dorosły, no przynajmniej doroślejszy, to zostaniesz archeologiem poszukiwaczem przygód? — Zapytała, czując, że dużo się nie pomyliła z tym daleko idącym wnioskiem. Pomimo młodego wieku, Carla była już na tyle bystra i zdecydowana, że ona wiedziała dokąd zmierza jej ścieżka kariery w przyszłości, podejrzewała, że w jego przypadku może być podobnie. Słysząc pytanie o Kitty, pokiwała głową z zadowoleniem.
— Tak, to ona! Zapomniałam, że gracie przecież w jednej drużynie. A co do klubu gargulkowego, myślę, że jest idealny taki jak teraz, kameralny w małym gronie. Daliśmy ogłoszenie do Zwierciadła, ale nawet po tym nikt się nie zgłosił. Po prostu to chyba nie dla każdego. Ale dzięki za chęć. I wiesz co, jeśli nigdy nie grałeś w gargulki, to przyjdź kiedyś na spotkanie to Cię nauczymy — powiedziała z lekkim uśmiechem, bo to oznaczało, że Montgomery nie zdawał sobie sprawy z tego jak okrutna potrafi być gra w gargulki kiedy kulki plują Ci prosto w twarz śmierdzącą substancją przypominającą gluta. Dałaby wszystko żeby zobaczyć twarz chłopaka kiedy dostanie z gluta po raz pierwszy. — Gramy we wtorki po kolacji w dawnej sali wróżbiarstwa na pierwszym piętrze. Mamy dużo zestawów do gry, pokażemy Ci co i jak — dodała jeszcze. Zawsze to jakieś nowe doświadczenia, prawda? Nawet jeśli chodziło o głupią grę w plujące kulki na kamiennej posadzce. Ale to wszystko nagle stało się nieważne, kiedy Montgomery podłapał temat jej kota. JEJ kota. Stała i patrzyła na niego mrugając oczami i marszcząc czoło w zdziwieniu.
— Tak, on, mój kot, Seamus — powiedziała zdezorientowana, a gdy zidentyfikował szybko jego charakterystyczne cechy, chwilę zajęło jej pojęcie myślami tego, że Montgomery myślał, że jej kot to jego kot. A może to ona zawłaszczyła sobie jego kota? Do kogo należał rudy kot imieniem Seamus?! — Ja i Seamus poznaliśmy się w szkole, ale to przecież mój kot. W drugiej klasie... chodził za mną... a potem zamieszkał ze mną. A ta blizna, to zrobił mu kot mojej współlokatorki z dormitorium po jednej z kocich walk w Pokoju Wspólnym. W tym roku kiedy chciałam go zabrać do domu na wakacje to nigdzie nie mogłam go znaleźć, a jak wróciłam do szkoły po wakacjach to on już tu na mnie czekał w wieży Krukonów drugiego dnia. Czekaj... Czy... czy Ty... Czy to jest ten sam kot? Czy Pankracy to Seamus? — Zapytała, nadal oszołomiona. Czy jej kot, a raczej ich kot, wiedział że ta dwójka ma się ku sobie jeszcze nim oni sami wiedzieli? A może to jakieś kocie działanie konspiracyjne pchnęło ich ku sobie? Potrząsnęła głową w niedowierzaniu, uznając, że muszą na sto procent dojść do tego, czy to jest faktycznie ten sam kot.
Kiedy usiedli na ławeczce, Krukonka odłożyła bukiet niezapominajek na siedzenie za swoimi plecami, a potem usiadła na ławce po turecku i odwróciła się w stronę chłopaka. Zaklęcie rozgrzewające miło rozeszło się po jej ciele i już była gotowa na to, aby nastraszyć go po wszystkie czasy. Położyła drugą dłoń na jego dłoniach trzymających jej rękę i zaczęła bardzo poważnym, przyciszonym tonem swoją historię. To były historie jak świat stare, którymi straszyło się irlandzkie dzieci, ale jakże prawdziwe!
— Słyszałeś kiedyś legendę o kobietach z kurhanu? Każda stara, irlandzka rodzina ma związaną ze sobą banshee, zjawę w kobiecej postaci, która zwiastuje śmierć w rodzinie. Jeśli usłyszysz zawodzenie banshee to oznacza, że ktoś z Twoich bliskich umrze w najbliższym czasie. Przed śmiercią mojej pra-babci, nasza banshee zawodziła i płakała pod naszym domem przez dobry tydzień w dzień i noc kiedy moja pra-babcia konała na rzadką odmianę smoczej ospy. W momencie gdy przestała wtedy już wiedzieliśmy, że w Galway, 300 kilometrów od naszego domu moja pra-babcia wyzionęła ducha. Nie trzeba się bać kiedy słyszy się jej zawodzenie, natomiast jeśli się ją ujrzy, to zwiastuje rychłą śmierć dla widzącego — mówiła, nachylając się w stronę chłopaka. Jeśli jeszcze się nie bał, to na pewno miał zacząć kiedy opowie mu dalszą część historii. — Kiedy miałam osiem lat ujrzałam banshee i... przeżyłam. No chyba, że nie żyję, a Ty siedzisz tutaj z duchem albo co gorsza majaczysz zamknięty na Oddziale Zamkniętym Janusa Thickeya w szpitalu św Munga... — powiedziała, ściszając głos. Jej twarz była już bardzo blisko jego, a wtedy Carla wyszeptała: — Boisz się, Monty? — Zapytała.